M13 Blogery i internety 7


W sieci jest pięknie. Dizajnerskie spodnie dla niemowlaków od hand-made 100% organic cotton polskich projektantów przeplatają się ze stylowymi wnętrzami wyglądającymi niczym na teście białej rękawiczki u Małgosi Rozenek. Są cotton light balls, tipi i pastele. Albo białe mebelki i kolorowe akcenty. Choć to wszystko jest ponoć pasé, teraz ‘in’ jest minimalizm w stylu zdecydowanie nie Ikei, a tureckich dywanów, mebli z lat osiemdziesiątych i odpicowanych kolekcji oldschoolowych maszyn do pisania i aparatów fotograficznych.

Po drugiej stronie barykady stoją blogi ‘normalne’ – czyli z wszędobylskim chińskim plastikiem z różowym hello kitty, niewykadrowanymi zdjęciami ujawniającymi niezabudowane kaloryfery z, olaboga, praniem, bałaganem w drugim planie, bezgłową Barbie, zapodzianą skarpetką nie pierwszej świeżości, do połowy pełną butelką mineralnej i otwartą bezczelnie paczką flipsów w sukurs ekomamom.

‘To jest prawdziwe życie!’ – słyszę nieraz argumenty – ‘a nie wychuchane, wystylizowane wnętrza w których rodzicom zależy na ciekawych kadrach a nie szczęśliwych dzieciach. Wiadomo – brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko, a nie w tych laboratoryjnych, sterylnych pomieszczeniach, gdzie niczego nie może dotknąć, gdzie wszystko jest do podziwniania, a nie bawienia się z, gdzie ważniejsi od dzieci są wirtualni czytelnicy lub nieco mniej wirtualni znajomi na fejsie. Nie to co u nas!’

Z drugiej strony – czytelnik wchodzący w te internety często szuka doznań estetycznych będących oderwaniem od własnej podłogi często przypominającej bardziej tę z drugiego niż pierwszego opisanego przeze mnie obrazka. Szuka inspiracji, ciekawych rozwiązań, pięknych przedmiotów i niezwykłych zdjęć. Po to, żeby się, zwyczajnie, pozachwycać.

Jak to jest z tą ‘idealnością’ dziecięco-zdjęciową? Czy naprawdę piękne zdjęcia jak u Marleny albo Agnieszki znaczą, że nie mają pozablogowego życia i zamiast się nim cieszyć stylizują wszystko do sesji? Że ich dzieci są rozpieszczone i żyją w idealnym świecie w którym miliony monet opłacają sprzątaczki, estetyczne przedmioty i horrendalnie drogie mikro-mini ciuchy? Czy lansują one styl życia, który, rzekomo trendowy, a jednak jest kompletnie oderwany od pozawirtualnej rzeczywistości?

Czy trzeba się obruszać takimi tekstami jak ten Olgi o rzekomym kole wzajemnej adoracji rodziców-hipsterów, którzy dziecko traktują jak akcesorium, kolejne punkty do zajebistości, ekwiwalent Paris-Hiltonowego pieska w torebce (zmieńmy tylko gatunek na homo sapiens i torebkę na chustę lub – od biedy – Tulę)?

Czy trzeba wrzucać wszystkich blogujących rodziców, u których – z naszej, mocno wykadrowanej perspektywy – wszystko wygląda jak, jak chcielibyśmy, żeby wyglądało u nas… ale… no ale nie wygląda – do jednego, stygmatyzującego wora z napisem ‘blogerzy’?

Kiedy kto pyta mnie o to co robię, mówię, że uczę. O blogu się nie zająkuję nawet bo mam poczucie, że to obciach. A blog parentingowy (tudzież rodzicielski, bo ponoć parentingowy też brzmi słabo) to już w ogóle masakra. Bo albo jest się snobistycznym ą-ę rodzicem z tych we wnętrzu jeden, albo grafomańskim beztalenciem cykającym słitfocie dzieciakom na nocnikach we wnętrzu numer 2. Zupełnie jakby nie było niczego pośrodku. To wielka szkoda.

***

Bycie rodzicem jest ciężkie. Blogosfera przepastna. Każdy może znaleźć coś dla siebie. Ba, nawet znaleźć coś dla siebie i nie pluć jadem na pozostałych, których ‘coś dla siebie’ jest inne od naszego ‘czegoś dla siebie’. No właśnie…. Niby może, a jednak pluje. Beka z blogerów ultraprofesjonalnych, beka z blogerów kompletnie nieprofesjonalnych. WordPressy, blogspoty, domeny. Staty. Współprace/braki współprac. Sprzedaje się/nie sprzedaje. Kiczowaty gust/wspaniały gust, ale mnie w życiu nie będzie stać. Jak można tyle wydać na ciuchy? Jak można kupować rozwalające się po jednym w praniu szmaty w Pepco tudzież innym Primanim? Jak można tyle wydać na fotelik? A jak można tyle nie wydawać? Jak można mieszkać w takim syfie? Jak można mieć taki porządek? Jak można spędzać tyle czasu prasując niemowlęce ciuszki? Jak można nie prasować? Jak można dziecku nie zakładać czapki przy bezwietrznych dwudziestu stopniach na plusie? A jak można zakładać?

Jak jak jak jak jak? No jak?

***

Przeglądajmy blogosferę. Klikajmy w reklamy, jeśli wpis – tekst albo zdjęcia – nam się spodobał, bo to często jedyna gratyfikacja finansowa którą bloger otrzymuje. Drobna, ale ziarko do ziarka… Naprawdę, nie każdy może niczym Maffashion czy inna szafiarka kasować osiem tysi za post. Powiedziałabym nawet, że większość nie kasuje. A nawet jeśli kasują, to jak są dobrzy – należy im się! Nie oburzajmy się współpracami, bloger też człowiek, za coś musi żyć, a nie wszyscy są Robokopami (jak zostałam ostatnio ochrzczona przez Mamę Juniora ale nie wiem czy to się pisze z dużej litery) żeby ciągnąć pełnoetatową robotę z blogowaniem na drugi etat, bo każdy kto to robi ten wie, że napisanie posta naprawdę, ale to naprawdę nie zajmuje pięciu minut (choć przeczytanie może).

Zostawiajmy dobre komentarze, sprawiające, że piszącym chce się pisać, że to co robią ma sens. Krytykujmy konstruktywnie. Cieszmy się dobrymi artykułami albo nawet mniej dobrymi za to nam sprawiającymi czytelniczo-wizualną radość (bez względu na to czy wolimy blogi profesjonalne i dopracowane, czy swojskie, niedopracowane, ‘prawdziwe’). Nie marnujmy cennego czasu na te, których nie lubimy. Bo go, zwyczajnie, szkoda. Zdecydowanie lepiej pobawić się z dzieckiem, nie?

***

A Wy jak myślicie? Czy bycie blogerem to obciach?

Ścisksmy,

z&m

Zdjęcia z cyklu: znajdź różnicę. [Na drugim zdjęciu widoczny jest Młody, którego mama popełniła świetny tekst o estetyce w internetach ostatnio, polecam!]

DSC_0997 m


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

7 komentarzy do “M13 Blogery i internety

  • Marcin

    Szczerze Ci muszę przyznać, że masz prawdziwy talent do pisania 🙂 Naprawdę 🙂 Piszesz świetne teksty, bardzo rzeczowe oraz dobre, myslisz może cos odnosnie pracy w ten sposob? Na pisaniu można naprawdę wiele zarobic, szczegolnie, jeśli ktos ma tak niezaprzeczalnie wielki talent do tego jak Ty 🙂 Pozdrawiam serdecznie

  • Ruby Soho

    Właśnie – dlaczego ‚bloger’ brzmi tak obciachowo?
    Jak już coś komuś enigmatycznie tłumaczę, to wolę zawsze powiedzieć,że prowadzę stronę internetową, czy inne enigmatyczne okrężne wyjaśnienia. Byle tylko nie powiedzieć publicznie, że jestę blogerę 🙂

  • Mama Pana Adama

    Dużo prawdy w tym poście. Jeśli chodzi o blogowanie to fakt – nie każdy krzyczy dookoła o tym, że został blogerem. U mnie wiedzą to najbliżsi. Bo piszę też dla nich, bo chcą widzieć Adasia, którego mają czasami tylko raz w miesiącu. Ale jeśli chodzi o znajomych – nie chwaliłam się specjalnie. Po pierwsze dlatego, że sami dzieci nie mają, więc co ich to może interesować, a po drugie – tak, nie koniecznie chcę być stereotypowo oceniana. I masz racje – w sieci mnóstwo jest iluzji, ale tez sporo szarej rzeczywistości. Naszym przywilejem jako odbiorców jest możliwość wyboru:) I chwała za to, że jest w czym wybierać.

  • Jagoda

    Blogerem, nie blogerem… Bycie głupim to obciach;p a nie Blogerem! Bycie blogerem nie powinno kategoryzować ludzi. Znajdziesz takie, gdzie masa mądrych porad, ciekawych wpisów, ale i takie gdzie szybko klikasz cofnij lub czerwony krzyżyk- bo nie da się po prostu czytać, oglądać tudzież słuchać…
    Twój blog należy do moich ulubionych! Fakt, że nie jestem mamą a zaglądam tu często chyba mówi sam za siebie;) Uwielbiam Twój styl pisania, obiektywne podejście do wielu trmatóe i nienarzucanie swoich przekonań innym;) Pozdrawiam Zu!!!!!! Tak trzymaj! Podziwiam, że potrafisz znaleźć czas na konkretny wpis;) – ja bez dzieci;p ciężko się mobilizuję do kolejnego wpisy kulinarnego;) Może to jakiś patent na te blogerki matki? Im mniej czasy masz – tym więcej potrafisz go wyłuskać na kolejne rzeczy? Jak to jest?;)

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Nie wiem Jagódka jak to jest, nie ma się czasu zastanowić :ppppp
      Jedno jest pewne – przed Mill miałam tyleeee czasu. Nawet kiedy go nie miałam. Mogłam produktywnie wykorzystać każdą minutę którą chciałam. A teraz… Co z tego że terminy naglą, kawa stygnie, wena kwitnie – nie ma zmiłuj, czas dla Milly jest czasem dla Milly i nic się nie da z tym zrobić. Choć często mnie to wkurza i chcę móc nieograniczenie robić inne rzeczy to, mimo wszystko, nie zamieniłabym się NEVER EVER. Kiedyś się chyba w końcu wyśpię :)))
      A Twoje czytelnictwo mojego bloga tak połechtało moje ego że mimo totalnego zmęczenia posta skończę, nie ma to tamto! Dzięki!
      xxx