M13 O tym jak NIE zwiedzać Śląska wczesną wiosną 14


Przyjechali moi teściowie. Z okazji roczku Mill i z takiej jeszcze okazji że zwykle zimą bądź wczesną wiosną przyjeżdżają. Zresztą oni całkiem często przyjeżdżają, dwa albo w porywach trzy razy do roku, a my drugie tyle (bądź więcej!) jeździmy tam, także bilans spotkań rodzinno-angielskich, biorąc pod uwagę fakt że dzieli nas niemal 2000 kilometrów, wypada całkiem przyzwoicie.

Spiny nie ma, wiadomo, rodzina to rodzina. Raczymy się niezliczoną ilością herbat z mlekiem, łazimy po okolicznych zakamarkach (Czytaj: Park Chorzowski do znudzenia), gadamy, jemy, łazimy po knajpach, spędzamy czas razem, bo wiadomo – nieważne gdzie, ważne z kim. Zwykle staramy się też pójść lub pojechać w jakieś ciekawe miejsce, bo przecież Śląsk ma mnóstwo ciekawych miejsc w ofercie turystycznej i nie tylko rzekomym zanieczyszczonym powietrzem i węglem stoi, wbrew pozorom (a niedowiarkom polecam portal slaskie.travel gdzie takie rzeczy mają że ja orędownik lokalnego zwiedzania, o niektórych nie słyszałam).

I oto jak nam się (nie) udało turystycznie poszaleć w ten urodzinowy przedłużony weekend Mill.

CZWARTEK

Teściowie przylecieli do Krakowa już w środę, gdzie sami sobie świetnie dali radę, zjedli kolację i złapali autobus do Katowic. W godzinach wczesnopopołudniowych w przerwie między jedną pracą a drugą Towarzysz Mąż odebrał ich z owego autobusu, zawieźli graty do hotelu, i przyjechali do mnie i Mill czekających z obiadem. Obiad zjedzony, Towarzysz Mąż do drugiej pracy oddelegowany,a  my, zgodnie z planem i pogodą niesprzyjającą spacerom, zostaliśmy w domu i zabawialiśmy stęsknioną za dziadkami wnuczkę, ustaliwszy przy okazji że jeśli będzie ładna pogoda pojedziemy do Pszczyny (żubry, muzeum zamkowe, piękny rynek i kawiarnie z parasolami pachnące wiosną) a jeśli mniej ładna – do kopalni soli w Wieliczce, którą olaliśmy przy okazji poprzedniej wizyty na rzecz Browarów Tyskich (o których tu). Czyli jest dobrze.

PIĄTEK

Przywozimy teściów na śniadanie. Boli mnie gardło jak szlag i jest lekko zielone, mimo umytych zębiszczy. Towarzysz Mąż twierdzi że pewnie mam anginę. Nie mam gorączki więc trzymam się wersji że to nic takiego i lekko nadużywam Tantum Verde które zostało z poprzedniego przeziębienia Mill. Ale to nic – Towarzysz Mąż to ma dopiero choróbsko. Gorączka, dreszcze jak się patrzy, ból głowy, katarzysko jak stąd do Stoke-on-Trent z którego przyjechali teściowie. Nie ma szans, w niedzielę impreza roczkowa, kurować się trzeba. Teść też nie czuje się szalenie zdrowo, ale trzyma się wersji że mu lepiej na zewnątrz więc chce wyjść. Postanawiamy więc że ja, Mill i angielscy teściowie jedziemy, Towarzysz Mąż zostaje w łóżku, faszeruje się gripexem i stawia na nogi. Ale jako że zależało mu bidakowi na tej nieszczęsnej kopalni soli uznaliśmy (ok – ja uznałam) że możemy do Wieliczki pojechać w sobotę, kiedy poczuje się lepiej,a w piątek do nieco mniej spektakularnie zawsze możemy zaliczyć kopalnię (cóż, kopalń Ci u nas dostatek) srebra w Tarnowskich Górach i do tego przejazd łódką w Sztolni Czarnego Pstrąga, do czego pogoda (której oczywiście nie było) nie była wybitnie potrzebna. Po niemalże godzinie (w tym piętnastu minutach błądzenia mimo nawigacji) dotarliśmy do celu. Zaparkowaliśmy gdzie udało się zaparkować i z niemowlęciem w Tuli i pod parasolami pomaszerowaliśmy z dziesięć minut w stronę kopalni. Nieczynnej do szóstego kwietnia jak się okazuje, ups. Nic straconego – myślę – przecież zawsze nam ta sztolnia została, a sztolnię pamiętam jeszcze z wycieczek z Babcią Pra (Millową Babcią Pra, moję normalną, bez pra to znaczy) i z tego, że była mega. Ano – była. To  znaczy ciągle jest, choć niekoniecznie w marcu, bo jak się okazuje w marcu między poniedziałkiem a piątkiem turyści indywidualni muszą uzgadniać wizyty telefonicznie, czego oczywiście nie uczyniliśmy (wróć, ja nie uczyniłam) biorąc pod uwagę fakt że wycieczka to była last minute. Trzy szybkie foty szaro-buro-deszczowo-jesiennej pogody wokół zamkniętego szybu sztolni, które wyglądają bardziej jak jesień niż wiosna i ziuuu do domu. Nie da się zwiedzać zamkniętych obiektów, nie ma co. Przypomniałam sobie w międzyczasie że w Galerii Katowickiej jest największa w Polsce wystawa Lego i jako że mój teść jest wielkim entuzjastą Lego (a czyj nie jest?!) postanawiamy w ramach rekompensaty podjechać i tam. Chociaż Milly całe zamieszanie nie rusza, śpi sobie w najlepsze i przesypia wszystkie korki. Oczywiście teściowie nader angielsko-poprawnie nie okazują krzty niezadowolenia, a ja się wkurzam że jakoś źle to wszystko pochytałam (a raczej – nie pochytałam). Kiedy dojeżdżamy do Galerii dochodzimy do wniosku że jesteśmy głodni, idziemy na świetne gourment burgery do Banhofu po czym Angielska Teściowa uznaje że skoro jest na miejscu TK Maxx to można tam zaglądnąć prz okazji przecież, a ja się nie buntuję, no bo ja, sama wolę TK Maxx od wystawy Lego. Teść opada z sił, zatoki go napierniczają i wszyscy zamiast iść na wystawę chcą wrócić do domu i napić się herbaty. Co też robimy, no bo co zrobić.

11092675_10203884774819197_1074533787_n

 

SOBOTA

Towarzysz Mąż czuje się lepiej, zresztą ja i teść też. Jedziemy więc do Wieliczki (województwo Małopolskie, żeby nie było, że Wieliczkę pod Śląsk podpinam – nie mniej jednak ciągle blisko i zdecydowanie do zrobienia w jeden dzień). I – poza małymi, maciupeńkimi niedociągnięciami i mimo horrendalnej ceny biletów – nawet udaje nam się co nieco zobaczyć. O zwiedzaniu kopalni soli z niemowlakiem będzie osobny post, bo kilka rzeczy warto wiedzieć (cóż, ja wolałabym była wiedzieć zanim pojechałam, więc się podzielę, a jak). Ale przeżyliśmy, co było do zobaczenia zobaczyliśmy, a zakończyliśmy kolacją u moich rodziców. Czuję że nadrabiam braki z wczoraj.

DSC_0262

NIEDZIELA

Urodziny Milly. Wszyscy w miarę się wykurowaliśmy, pogoda była cudowna, impreza śniadaniowo-muzealno-obiadowa też, ale o niej też będzie osobno. Nikiszowiec okiełznany po raz kolejny. Uwielbiam!

11093280_10155369345830035_764539548_n

 

PONIEDZIAŁEK

Teściowie przyjeżdżają rano z walizkami. Ich wylot dopiero o 22:00, mamy więc cały dzień na spożytkowanie, a co mamy w domu siedzieć, przecież za oknem wbrew prognozom słońce. Jemy szybkie śniadanie, ogarniamy Milenkę, odbieramy nową Tulkę i jedziemy do Pszczyny, do której nie pojechaliśmy w piątek. Po drodze zaczyna padać deszcz. Oczywiście, że nie mamy folii przeciwdeszczowej od małego wózka, leży w szafie. Zwiedzanie ogrodów i Żubry odpadają, podobnie jak spacer po rynku i kawiarniane parasolki które w mojej wizji ładnej pogody były zdecydowanie obecne (Careful what you wish for – parasolki były, choć zupełnie nie o to mi chodziło). Muzeum zamkowe jest pod dachem przecież, Daisy von Pless, te sprawy, damy radę. Z tym że nie damy, bo, podobnie jak w piątek, przysłowiowo pocałowaliśmy klamkę, jako że okazało się że w marcowe poniedziałki muzeum jest nieczynne (we wszystkie inne dni jest oczywiście czynne, a jak, zresztą marzec już się kończy,a  od kwietnia jest czynne codziennie). W ramach szalejącego deszczu poszliśmy na kawę, ja do kawy zjadłam trzy gałki absolutnie obłędnych lodów, Angielska Teściowa wypiła gorącą czekoladę a jej mąż zjadł tartę z owocami, co sprawiło że wszyscy byliśmy całkiem ukontentowani, mimo warunków totalnie niesprzyjających. Przeszliśmy się w pięciominutowej przerwie od deszczu po urokliwym (choć w tych warunkach zapewne zdecydowane mniej niż w pełnym wiosennym słońcu) ryneczku i z ulgą odjechaliśmy w stronę domu i czekającej tam herbaty z mlekiem. Oj tak, herbata jest dobra na wszystko.

11096739_10203884773339160_1678028392_n

* * *

Tym samym mam dla Was jedną radę – bez względu na niemowlę (ale z niemowlęciem zwłaszcza, bo jeśli nie jest takim weteranem podróżniczym jak Mill i na przykład nie lubi jeździć samochodem albo źle znosi brak drzemek tudzież posiłków o określonych porach to nie ma co owego niemowlęcia targać niepotrzebnie) – sprawdzajcie dokładnie strony internetowe miejsc gdzie chcecie pojechać zanim tam pojedziecie. Albo dzwońcie. Albo i jedno i drugie. Acha, i uczcie się na błędach, nie to co ja (facepalm).

* * *

Nie zostanę organizatorem wycieczek sezonu. Ale moja rodzina kocha mnie (mam nadzieję!) mimo wszystko.

A jak u Was? Pokazujecie gościom ciekawe miejsca wokół Was? Z większymi sukcesami?

Ściskamy,

z&m


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

14 komentarzy do “M13 O tym jak NIE zwiedzać Śląska wczesną wiosną

  • Ania D.

    Mam nadzieję, że w czerwcu śląsk przywita nas lepszą pogodą. Ja właśnie się zastanawiam gdzie (poza odwiedzeniem dużej rodziny) się jeszcze wybrać z dzieciakami 🙂

  • misia

    O tym internetowym sprawdzaniu przyszło mi do głowy juz w trakcie czytania pierwszych zdań -ale nie musi to być na głowie Pani Domu tudzież Mamy, Synowej i Żony w jednej osobie…-Organizer. Angielscy Teściowie-cóż mieli klimaty angielskie-deszcz, mgła i takie tam…Jeżeli wszyscy szczęśliwi-w co nie wątpię- to sukces jest. I tak trzymać. Dzięki za cudowna niedzielę z Wami. Ciocia Misia

  • Marta i Julia

    Ale intensywny super długi weekend 🙂 zazdroszczę tego wszystkiego no i dobrych relacji z teściami …….A ja mieszkam w małej miejscowości gdzie nie ma co zwiedzać.A tak w ogóle to ty Mamuśka wyglądasz super – laseczka 🙂
    P.S prosimy o więcej zdjęć z urodzin Milenki 😛

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Teściów mam super, intensywne łikendy uwielbiam, choć zdecydowanie letnie weekendy bądź takie, gdzie dzieje się coś, poza zwiedzaniem niezwiedzalnych miejsc :))) A w małej miejscowości też na pewno jest co robić,a jakie spacerowe możliwości, u-la-la! Dziękuję za komplement wyyglądowy, choć mnie akurat się wydaje że wyglądam (chwilowo, oczywiście :D) jakoś niespecjalnie… Zdjęcia z urodzin Milenki będą, rzecz jasna, jak tylko się ich doczekam. Nasz nadworny fotograf, mąż A.B.-B. odkrył że jego Windows XP nie współpracuje z jego nowym aparatem – także CZEKAMY 🙂

  • Mama Pana Adama

    Eh, wiosna nie rozpieszcza na Śląsku jak widzę;) Ważne, że wszyscy szczęśliwi po sporych porcjach lodów, tart, czekolad no i herbaty z mlekiem!:) Co do zwiedzania z niemowlakiem to fakt – jak ktoś nie jest zaprawiony w bojach może być ciężko:) My na szczęście też dajemy radę w tym temacie, podróże Nicponiowi nie są obce. A Wieliczka? nawet mieliśmy pomysł, żeby się wybrać i wreszcie zaciągnąć mojego tatę, który mieszka pod Wieliczką (w sensie nieopodal, nie pod miastem, bo tam wiadomo – kopalnia) na zwiedzanie, bo jakoś do tej pory mu się nie składało tam być, ale nie wiedzieliśmy czy nasz Bąbel nie będzie protestował pod ziemią, jako że jednak nie miał okazji tam być:) Czekam więc na relacje i złote rady. I hej! Ale tak de facto to chyba Twój ostatni post z niemowlakiem w tytule! Wszak Milly już poniemowlęcio weszła w inny etap życia! 🙂

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      O jeny, noooo! Faktycznie, mój niemowlak przestał być niemowlakiem (i tu jestemj skonsternowana i nie wiem czy postawić buźkę uśmiechniętą czy smutną:). Wieliczka jest spoko, leczy z kataru (sprawdzone na TM i Mill) – i bardzo polecam. Tylko chyba lepiej nie w łikend. No ale będzie o tym na dniach więcej 🙂 A wiosna… No nie rozpieszcza i z tym śniegiem to są jakieś totalne jaja.

  • Magda

    Tomek ma zawsze takie zapędy, żeby w 1 dzień cały Wrocław pokazać moim rodzicom. Oni tachają się za nami, bo co mają zrobić. Dajemy im wózek na zachętę hahaha. Ale ostatnio był bunt i powiedzieli, że nigdzie nie idą, bo przyjeżdżają do wnuczki, a nie na zwiedzanie. I był wózek po osiedlu (a my pierwszy raz sami w domu – SZOK). Tak też właśnie wybiłam Tomkowi z głowy przesunięcie imprezy urodzinowej o 4 dni, „bo wtedy będzie luźniej a Afrykarium”. 😀
    Poka poka nową Tulę. I co Ty pisałaś o jakichś podwyżkach? Nie wiem, nie śledzę… 🙂

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Będzie nowa Tula zaraz, będzie! Mały Tulowy poradnik piszę dla niewtajemniczonych, więc trochę mi może zejść, ale jeszcze dziś będzie post, obiecuję.
      Argument Tomka – uwielbiam, bardzo w naszym stylu :)))