M13 Pchacz Dushi 16


Nie planowałam pchacza. Na naszym, nie za wielkim, eufemistycznie rzecz ujmując, metrażu wydawał mi się zdecydowanie zbędny, żeby nie powiedzieć że zwyczajnie niemożliwy do upchnięcia.

Przestawiliśmy stół i nagle okazało się, że nie jest z tym metrażem tak źle, a miejsca w kuchnio-salonie zrobiło się całkiem sporo. Choć wtedy ciągle nie marzyłam o pchaczu, nie poszukiwałam tego ‘jedynego’ i zdecydowanie nie był obecny na żadnej z moich chciejlist. I jak to zwykle bywa, pchacz idealny znalazłam właśnie wtedy, kiedy go nie szukałam.

Podczas szybkich, chyba jeszcze grudniowych (a może już styczniowych? Zimowych, w każdym razie), zakupów w TK Maxxie (pojechałam zobaczyć się z Ruby i kupić Mill trochę anglojęzycznych książeczek – co zresztą dygresyjnie polecam – świetne wydawnictwa w jeszcze świetniejszych cenach!) spojrzał na nas ON. Miłość od pierwszego wejrzenia. Dushi – pisze na opakowaniu. Nie znałam tej firmy, ale dizajnersko kupili mnie od razu. Wtedy jeszcze się opierałam, trzymałam wersji że Mill nie potrzebuje pchacza (ja nie miałam a chodzę, nie?), że nie mam miejsca i że to wydatek absolutnie zbędny. Wyszłam bez niego, ale nie dawał mi spokoju.

Zwłaszcza, kiedy zobaczyłam, że identyczny w sieci kosztuje dwa razy tyle.

A później mama chrzestna Mill zdeklarowała, że chce jej kupić pchacz na roczek jeśli my te chcemy. Wysłała nawet kilka propozycji (znacznie mniej atrakcyjnych cenowo i wizualnie, dodam). Od tej pory już wiedziałam, że hipisowski bolid z pacyfą zamieszka w moim salonie.

W międzyczasie sprawdziłam firmę. Holenderskie zabawki, walizki i mikro-ciuchy. Piękna strona internetowa (http://www.dushi.com), polityka firmy oparta na zasadzie trzech P (People – Ludzie, Planet – Środowisko i Profit – czyli przychód i balans między nimi) i sama nazwa oznaczająca pozytywne doświadczenie. W sensie że jak coś jest ‚Dushi’ to jest ‚Mniam’ albo ‚Wow’ tudzież dowolny inny okrzyk wyrażający raczej radość.

Akcja telefon-Ruby-pchacz-przelew i za zgodą prezentodawczyni prezent zawitał do nas grubo przed roczkiem. Towarzysz Mąż w pocie czoła (no dobra, nie takim znowu pocie, nawet stwierdził że nietrudne to było, ale pot czoła się ładnie tu komponuje) poskręcał ustrojstwo i z podekscytowaniem czekaliśmy oboje co powie Mill. Cóż – Mill nie powiedziała nic. I nijak nie dała się namówić na jakiekolwiek zainteresowanie nowym sprzętem. Ot, był sobie, ale kręcił ją zdecydowanie mniej niż pilot od telewizora, kabel czy butelka z wodą mineralną. Stanęła przy nim, i owszem, zapozowała do zdjęcia, i tyle.

Zresztą, mnie pchacz zaczął wydawać się niestabilny, łatwy do przechylenia, w ogóle nie zwrotny i w raczej nie taki idealny jak na obrazku. Mimo tego że świetnie się sprawdzał jako estetyczne pudełko na zabawki, gdzieś z tyłu głowy żałowałam tego zakupu. Wtedy przeczytała też post Agnieszki o tym, jak zbędny okazał się jej pchacz, i myślałam – o, to, to! Kto wkręca matkom że to takie fajne, skoro niefajne, i co z tego że ładne, jak leży nieużywane. Pomyślałam o nich jak o moich pięknych markowych szpilkach zakładanych dwa razy w roku i uroczych koronkowych sukienkach dla małych dziewczynek, noszonych w okresie okołoświątecznym przez może dwadzieścia minut, bo później utytłane są karpiem/barszczem czy innym wiktuałem z wigilijnego stroju, a w dodatku daleko im do wygody dresów.

Potem nastąpił okres Milly lubiącej jeździć…w pchaczu. Mama czyli ja zgięta w pół zaiwaniała po całym mieszkaniu ze śmiejącą się radośnie Mill, która opróżniwszy pchacz z zabawek ładowała się do środka i domagała wożenia. Wtedy zaczęłam lekko przeklinać ten wynalazek i mimo mojego niesłabnącego zadowolenia z wyglądu i jakości wykonania pchacza marzyłam o tym, żeby można było cofnąć czas, a ja spożytkowałabym ofertę prezentową od A.B.-B. lepiej.

Jeszcze potem Milly zaczęła śmigać wszędzie z taboretem z Ikei (ośmioipółkrotnie tańszym, dodajmy) i już w ogóle zwątpiłam w moją zabawkową intuicję.

Aż… po prawie trzech miesiącach nieśmiałego stania w kącie pokoju pchacz wrócił do łask. A raczej końcu się w tym łaskach znalazł. Mill wozi wszystko, najchętniej Kubusia Puchatka albo George’a (tak, tego od Peppy). Radzi sobie świetnie. Pchacz ciągle jest niezwrotny, ale Mill z dnia na dzień ona coraz lepiej opanowuje jak zawrócić, kiedy dobije do stołu albo donicy i jak utrzymać równowagę. Musiała po prostu do niego dojrzeć. Musiała zacząć pewniej stać. Musiała zacząć chodzić z czymś wolniejszym (vide: taboret z Ikei) aż w końcu zwyczajnie się ze swoim pacyfiastym pchaczem zaczęła bawić, po prostu.

Dziś, ku mojej uciesze, nie tylko pięknie wygląda.

Czy obyła by się bez niego? Tak, absolutnie. Czy polecam? I tak i nie. Tym, co wiedzą, że chcą pchacz – tak, bo jest piękny i solidnie wykonany. Ale jeśli tylko rozważacie zakup pchacza to…. to…. To chyba bardziej polecam taboret z Ikei 🙂

Ściskamy,

z&m

DSC_0628 DSC_0631 DSC_0645 DSC_0651 DSC_0653 DSC_0657


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

16 komentarzy do “M13 Pchacz Dushi

  • Marcin

    Czeeesc 🙂 wiesz, znam wielu ludzi, którzy zarabiaja na pisaniu tekstow, czy prac, jednak wielu z nich nawet po czesci talentem nie umywa się do Ciebie 🙂 Piszesz swietnie, już dawno nie czytalem nic tak dobrego 🙂 mam nadzieje, ze jeszcze dlugo dane mi będzie Cię czytac, ponieważ mam zamiar nadrobic wszystkie Twoje wpisy 🙂

  • Mama Pana Adama

    No właśnie ja sama nie wiem czy nam pchacz potrzebny. Póki co Adaś radzi sobie z krzesłem i oparty o jego oparcie przemieszcza się do przodu. Czy czegoś mu brakuje w tej funkcjonalności stołka? Chyba nie… Więc póki co dajemy sobie spokój i tak jak mówisz – jak dojdziemy do wniosku, że pchacz nam niezbędny, zastanowimy się, który kupić. Ale ten wasz… no boski jest! Nawet, gdyby Mill nie potrzebowała to cóż – idealnie pasuje do dizejnarskiego kącika dziecięcego;)

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Hehhehe, dzięki! Kocham ten pchacz! Na szczęście Milly też go pokochała i codziennie wyjmuje z niego zabawki, ładuje do niego Georga i lata po mieszkaniu. Albo – a drugiej wersji – wyjmuje z niego zabawki i ostentacyjnie sama do niego włazi chcąc żeby ktoś woził ją… Jak pewnie dobrze zgadujesz… Nie wozi jej George 🙂