M13 Powtórka z rozrywki czyli kolejny Prima Aprilis w szpitalu 8


Nieco ponad rok temu, 1 kwietnia 2014, obudziłam się rano w szpitalnym łóżku, po pierwszej od trzech dni przespanej nocy, wszak wszystkie moje (całe dwie) poporodowe koleżanki z sali (z których jedna okazała się być moja koleżanką z liceum, nomen-omen) zostały wypisane. Z porządnie wywietrzonym pokojem (temperatury były zgoła inne niż w tym roku), zgaszonym światłem głównym i bez popłakiwań niemowląt cudzych wyspałam się bardzo, ale i tak marzyłam tylko o tym, żeby wyniki tych głupich badań Mill (płytki krwi miała niskie, ale na szczęście niespowodowane niczym poważnym i nie ma po nich śladu)w końcu były dobre i żebyśmy mogły wyjść do dooooomu. Po parogodzinnym czekaniu (trafiliśmy na jakieś obchody ważne szpitalne, pierwszego kwietnia akurat, co za pomysł), co nie miał nam kto wypisu dać, w końcu się udało i przynieśliśmy naszego najpiękniejszego na świecie (i tak, wiem że każda z Was myśli to samo o własnym dziecku, ale co poradzę że Mill naprawdę wydawała nam się najpiękniejsza na świecie – hormony, ach hormony!) noworodka do domu z nadzieją, że do szpitala nie będziemy musieli się wracać w najbliższym czasie (poza kontrolą tych przeklętych płytek po trzech dniach, ale to się w ogóle nie liczy!). No i nie musieliśmy. Równy rok. Rok po wypisie ze szpitala wylądowaliśmy na chirurgii na CITO. A było tak…

Urodziny miałam niedawno, o nich tu. O okazji urodzin okrągłych Angielska Teściowa która przyjechała na urodziny Mill przywiozła i mój prezent – biżuteryjny. W postaci bransoletki, wyglądającej trochę jak zegarek, z tym że zamiast zegarka pod szybką miała dwa małe srebrne elementy, gwiazdkoidalne, nazwijmy je, i mnóstwo małych kryształków. Luzem. I te gwiazdkoidalne elementy i kryształki tak sobie się przemieszczały swobodnie ograniczone tylko szybką. No właśnie – przemieszczaŁY.

Leżę sobie z Mill w łóżku, karmię ją usypiając do przedpołudniowej drzemki a moim oczom ukazuje się to:

 

11121819_10203896265586459_1961264138_n

Widzicie jakieś różnice w powyższym zdjęciu i jeszcze bardziej powyższym opisie? No właśnie. Szybki nie ma, zawartości podszybkowej też nie. Dom przeszukany, cały. Podłogi pozamiatane tak, że chyba od kiedy się wprowadziłam do tego mieszkania pięć lat temu (z dwuletnią przerwą na Hiszpanię włącznie) to tak nie były pozamiatane. Nie ma, nigdzie nie ma. Z lekką paniką zadzwoniłam do mojej pediatry która mimo niskiego prawdopodobieństwa zeżarcia przez Milly szybki z zawartością włącznie powiedziała że mam podjechać na Ligotę (dzielnica Katowic gdzie znajduje się Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka) ją prześwietlić, bo bez prześwietlenia ona mi nic nie powie. Spanikowana jak szlag (ko by nie był?!) dzwonię do Towarzysza Męża, który ma skończyć pracę dopiero za dwie godziny. Początkowo myśli że robię sobie jaja (w końcu Prima Aprilis) ale jaj sobie nie robię. Szybko odwołuje pozostałe zajęcie i przyjeżdża po spanikowaną mnie. Mill śmieje się w najlepsze i bawi klockami.

Wizyta w szpitalu zajęła nam 3,5 godziny. A i tak wydawało mi się że to wyjątkowo krótko (choć kiedy zadzwoniłam do pracy że nie zdążę na pierwszą lekcję to też myśleli że sobie jaja robię. Prima Aprilis, phi!). Może nie będę rozpisywać się o tym jak skomplikowane jest znalezienie Izby Przyjęć (powiem tak – zajęło nam piętnaście minut, dwukrotne zgubienie się – i to przy świetnej orientacji w terenie Towarzysza Męża – i trzykrotne zapytanie o drogę. Cieszę się że to nie było coś bardziej nagłego) – ale powiem, że przyjmująca nas pani doktor była przesympatyczna, mówiła po angielsku i nie mogła uwierzyć że Milly ma rok (ooo… siedzi… a to pierwsze próby, tak?). Była bardzo rzeczowa, nie oceniająca (Bo kto to widział mieć bransoletkę, z której może wypaść szkiełko w tym samym domu w którym jest niemowlak? – w ten deseń. Gdybym była wiedziała to bym nie miała, wiadomo – i ona się też wydawała to wiedzieć) i normalna. Podobnie na rentgenie, zajęli się nami rzeczowo. Pan od rentgena nawet próbował mnie rozbawiać że już jednego takiego małego żarłoka mieli przed godziną. Kiedy zapytałam czy się okazało że coś zjadł powiedział że owszem, a kiedy zapytałam co – powiedział że dwie baterie. Zrobiło mi się słabo, ale jakoś dałam radę wespół z TM przytrzymać Mill do badania na którym się niczego nie dopatrzyli na szczęście. Ale i tak kazali obserwować, bo tylko te gwiazdkoidalne elementy miały szansę wyjść  na rentgenie, szybka ani kryształki już nie. Kupy przez sitko, te sprawy, nic fajnego. Szczęśliwie wygląda na to że najadłam się tylko ja, za to porządnie – strachu.

Elementów zgubionych bransoletki ciągle brak. Ale wygląda na to że nie ma ich ani w mieszkaniu ani w brzuszku Mill. Uff.

scan

Ale jakie zdjęcie pamiątkowe za to mamy!

Mam nadzieję że u Was bez podobnych atrakcji.

Ściskamy mocno,

z&m


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

8 komentarzy do “M13 Powtórka z rozrywki czyli kolejny Prima Aprilis w szpitalu

  • No.2

    Historia jak od nas 🙂 Nie zazdroszczę, rozumiem. My przeżyliśmy ostatnio akcję upadek i już prawie jechałam na neurologię dziecięco, no, ale na szczęście lekarz na stanie, odruchy sprawdził. Gdyby jednakowoż nie Macież moja – już dawno dostałabym kartę stałego klienta na IP 🙂

  • radoSHE

    Bardzo ponury żart jak na Prima Aprilis 😉 Podobno wszyscy rodzice, przynajmniej raz, muszą zaliczyć taką wizytę w szpitalu. Ostatnio na Ligotę jechała moja przyjaciółka z synem z podejrzeniem połknięcia właśnie baterii. Ale to również okazało się fałszywym alarmem 🙂 Ale jakie śliczne zdjęcie na pamiątkę zostało!

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      No TM myślał że żartuję i odgrywam się za ponury żart jego sprzed kilku lat kiedy przekonująco udawał że ma zawał czym do zawału prawie doprowadził mnie :/ No ale wszystko dobrze się skończyło, a zdjęcie w rzeczy samej śliczne:)

  • Misia

    Zuziku jak maja miala chyba ze dwa lata to wcisla tic tak do nosa takze jeszcze duże dużo przed tobą 😉 tic rak byl tak głęboko ze byla szansa ze wpadnie do tchawicy na szczęście po jakimś czasie moze po 4 godzinach i wizycie na ligocie doktor uznal ze tic tak sie rozpuscil a maji nie sa straszne od tego czasu mietowe rzeczy , kiedys wcisla tez stokrotke do nos ale nauczeni doswiadczem zrobiliśmy operacje sami za pomoca pensetki i latarki jednak najgirsze co moze byc to poparzenie takze szybka,tic tak czy koralik wyjdą same bez obaw 😉 pozdrawiam i Wesołych Świąt Wielkanocnych 😉