M15 Jak nie przytyłam w ciąży, tuż po ciąży i w czternaście miesięcy po ciąży? Poradnik subiektywny. 10


Wiemy jak jest. Są dziewczyny co w ciąży tyją tylko w talii, rodzą i wyglądają niczym modelki Victoria’s Secret na wybiegu (z lepszymi nawet, śmiałabym rzec, cyckami :). Są też dziewczyny które nawet się specjalnie nie wysilając tyją od dwudziestu kilo w górę i po porodzie cóż… nie wyglądają jak modelki Victoria’s Secret z lepszymi cyckami (choć cycki akurat też mają fajne). Moja własna mama w ciąży przytyła 24 kilo i po ciąży nigdy nie wróciła na dobre do swojej starej, uberzgrabnej figury (lepszej niż moja bez ciąży), w związku z czym przez całe życie słyszałam, że jak ja urodzę, to dopiero zobaczę jak to jest. Ha! A urodziłam i nie zobaczyłam. W całej ciąży przytyłam osiem kilo, a w tydzień po porodzie wróciłam do wagi sprzed ciąży. Da się więc.

168178_1539323922463_2582608_n

2011. Zanim polubiłam bieganie i zamieniłam piwo na wino.

581293_10151773741650035_1175354757_n

2012. Polubiłam bieganie i zamieniłam piwo na wino. Niestety dwa budynki obok mojego hiszpańskiego mieszkania była restauracja z najlepszym sernikiem na świecie. 

971010_10151435846134135_209198346_n

2013. Zdjęcie poślubne. Mimo tego że stosowanie diety przedślubnej wypadło mi z głowy a i stresować się wybitnie nie stresowałam dzięki bieganiu rozhulanemu pełną parą i pogodzie, która nie sprzyja jedzeniu czekolady na potęgę, wyglądałam tak, że jak na mnie, to przyzwoicie. Nie ma się co oszukiwać, figury Anji Rubik w życiu mieć nie będę, ale BMI bliżej środka zalecanego a nie górnych granic był dla mnie sukcesem.

Ciąża

Ponoć optymalny przyrost wagi w ciąży to 10-12 kilo. Ale jak jest ze statystykami każdy wie – jedną rękę mamy poparzoną, drugą odmrożoną, a statystycznie wszystko jest w porządku. Jeśli przed ciążą mamy tu i ówdzie za dużo – to powinnyśmy przytyć mniej, jeśli mamy za mało – możemy nawet trochę więcej i nic się nie stanie. Ale trzeba próbować trzymać się w jako-takich ryzach. I ja nie mówię żeby pilnować każdego kęsa tudzież obsesyjnie myśleć o kaloryczności posiłków. Każda ciężarna wie, że w ciąży są gorsze zmartwienia. Ale jeśli wyjadamy słoik nutelli o 23:00 (mnie się nie zdarzyło, ale historia zasłyszana z bardzo wiarygodnego źródła obecnie w 20 tygodniu) to może nie powtarzajmy wyczynu następnego dnia i jeszcze następnego. Jasne, czasem trudno się opanować i micha pomidorów z oliwą z oliwek i mozzarellą nie załatwia sprawy i ciągle marzymy o czekoladzie. I kilka kostek też nie załatwia sprawy bo chcemy całą. I wszystko jest w ciąży zrozumiałe, ale jeśli jemy tak non-stop to nic dziwnego że tyjemy jak oszalałe. Trzeba jakoś to opanować, wyjścia nie ma. Sorry Winnetou. Chyba że chcemy tyć na potęgę i martwić się tym później. Zamiast się cieszyć dzieckiem, a nie martwić dietami. Kto chce, kto chce? No ręka w górę! No właśnie. Więc może chociaż spróbuj poprzestać na 1/3 tej cholernej czekolady.

Ja – nie ukrywam – miałam w ciąży szczęście. To znaczy szczęście w nieszczęściu trochę, ale jeśli czytacie mojego bloga to wiecie – mdłości. Mdłości nie są fajne, absolutnie. Obrzygiwanie całych Stanów w podróży poślubnej też nie. Ma jednak niewątpliwy plus jakim jest brak nadmiernego przytycia. Obrzydzenie do jedzenia czegokolwiek niewątpliwie sprzyja zachowaniu odpowiedniej sylwetki (jeść wszak trzeba, dzidziusia w brzuchu nie głodzimy!) i jest to, mimo wszystko, jakimśtam pocieszeniem kiedy zgięte w pół wisimy wiadomo gdzie. Dla mnie przynajmniej było.

Przeczytałam gdzieś kiedyś że wysiłek który trzeba włożyć w poród jest porównywalny z wysiłkiem podczas przebiegnięcia maratonu. Tym samym postanowiłam nie leżeć i nie pachnieć (najlepiej jedząc czekoladę) przez dziewięć miesięcy, tylko być najsprawniejszą możliwie żeby sobie sprawę ułatwić (bo porodu bałam się panicznie,a  nie było tak źle, i myślę że nie było tak źle również ze względu na to że czułam się dość sprawna fizycznie). Przed ciążą sporo biegałam, w ciąży przebiegłam półmaraton (w takiej mikro-mini ciąży, nie wiedziałam o tym, że w niej jestem, bo pewnie bym nie pobiegła) więc moja przedciążowa kondycja była niczego sobie. W ciąży, między rzyganiem to tu to tam, zamiast leżeć na zimnych kafelkach w łazience, postanowiłam ciągle się ruszać. Chodziłam na długie, przynajmniej godzinne spacery, trochę jeździłam na rowerku siłowniowym (dopóki miałam zielone światło od ginekolożki), tańczyłam zumbę w towarzystwie X-Boxa i ćwiczyłam z Angeliką Pióro na YouTube. Bez obsesji. Miałam dni że wolałam leżeć na zimnych kafelkach. Często się jednak przemagałam i ćwiczyłam z wizją łatwiejszego porodu przede mną. Robiłam dużo przerw, słuchałam organizmu, przy najmniejszym dyskomforcie zwalniałam tempo. Cały czas konsultowałam to co robię z lekarzem. I… chyba pomogło.

Jeśli nie biegałyście półmaratonów przed ciążą to nie polecam w ciąży zaczynać szaleńczo ćwiczyć. Ale tym bardziej nie polecam nie ćwiczyć wcale. Spacery robią świetnie na kondycję, na samopoczucie, na dotlenienie. Ćwiczenia dla kobiet ciężarnych, w prawidłowo przebiegających ciążach, też raczej nie zrobią krzywdy dawkowane z umiarem. Najlepiej skonsultować wszystko ze swoim lekarzem, bo on zna Was i Wasze ograniczenia. Żaden mądry lekarz (znów, przy ciąży fizjologicznej, ciąże zagrożone to zupełnie inna bajka!) ruchu nie zakaże a zapewne wręcz przeciwnie. I pójdziemy chcąc nie chcąc biec ten maraton znacznie sprawniejsze niż po dziewięciomiesięcznym bezruchu (bo spacery między kanapą a lodówką po kolejne porcje czekolady się nie liczą, umówmy się). Dodatkowy bonus – skóra jest elastyczniejsza i ładna, łatwo wraca do formy. A na pewno łatwiej.

Na porodówce od położnych usłyszałam że wyglądam jakbym się grochu najadła, a nie dziecko urodziła. Coś w tym było. Brzuch odstawał, wiadomo, piersi urosły o pięć rozmiarów, ale tragedii figurowych nie było. A ja nie czułam się totalnie wypruta ze wszystkiego – zmęczona, ale sprawna na tyle żeby bez problemów ogarniać maleństwo. Tuż po porodzie moja waga pokazywała o bodajże 4 czy 5 kilo więcej niż przed ciążą. W tydzień po porodzie była taka jak przed ciążą. A potem ciągle schodziła w dół.

I nie zrozumcie mnie źle. Każdy przypadek jest inny. Jedne organizmy zatrzymują wodę bardziej, inne mniej. Jedne puchną, drugie nie. Ale nie zwalajmy na zatrzymywanie się wody i obrzęki, kiedy naszą ciążę spędzamy leżąc przed tv i jedząc. Z niczego nie ma nic. Jeśli dobrze się odżywiamy i ruszamy a i tak przytyjemy więcej – to nie ma się czym martwić, bo wszystko odrobimy po porodzie. Pięć karpatek dziennie odrobić po porodzie trudniej.

photo 2 (2)

Początek szóstego miesiąca. Nie bardzo widać, prawda?

photo 2

Nordic walking z B. w ósmym miesiącu (w sensie ja w ósmym miesiącu, B. jeszcze wtedy bez ciąży)

IMG_7728

I końcóweczka!

Tuż po porodzie

Nareszcie! Ufff! Dzidziuś po tej stronie, uczymy się nowego świata z nim, figurą nie zaprzątamy sobie głowy. Jeśli mamy na plusie trzydzieści dodatkowych kilogramów zaprzątamy sobie głowę nie tyle tym, ile musimy zrzucić, i nie tym, że ciągle wyglądamy jak w ciąży (choć może tym też, nie wiem, nie przerabiałam) ale tym, że jakoś ciężko się wstaje, że spodnie się wrzynają i przy karmieniu jest to niewygodne, i tym, że wnosząc wózek na pierwsze piętro mamy zadyszkę jakby tych pieter było dziesięć. Lepiej do tego nie dopuszczać i w miarę możliwości być aktywnym przez czas ciąży. Aktywność wchodzi w nawyk. Tuż po ciąży z Milly drzemiącą słodko w przepastnej gondoli pokonywałam ogromne dystanse. 10 kilometrów po parku? Proszę bardzo! ZUSy do wyjaśnienia w urzędzie? Czemu nie piechotą? Piknik w parku na drugim końcu miasta? Milly w wózek i heja, w drogę! Przyjemne z pożytecznym.

Dietą matki karmiącej poszczycić się nie mogłam. Ochrzaniona przez położną na noworodkach za parę kostek gorzkiej czekolady z jagodami po porodzie niewiele się nauczyłam i wciąż tą czekoladę jadłam. Krótki epizod z odstawieniem nabiału (na dwa tygodnie) przerabiałam, żeby pomóc wyleczyć biedną pupę Mill (dziś po niej nie ma już śladu i wygląda na to że wszystkie jej problemy okołopupne były wynikiem niedojrzałego układu pokarmowego, po prostu), ale jako że nie było widać różnicy – praktyki tej zaniechałam dość prędko. Jadłam wszystko, włącznie z gourment burgerami od MadMick’a i sałatkami z największą ilością surowych warzyw, na widok której specom od niesławnej diety matki karmiącej przewróciłyby się chyba flaki.

I chudłam.

Za taki stan rzeczy odpowiedzialne były dwa czynniki – wspomniane już niekończące się spacery i karmienie piersią (chyba). Ponoć to drugie sprzyja powrotowi do dawnej sylwetki – u mnie widoczne efekty już po tygodniu. Potem schudłam jeszcze trzy kilo i koniec, widać podobało się mojemu ciału tak, jak było. Chcąc to lekko zmienić (chudnięcie w życiu nie było tak przyjemne, nie robiłam dosłownie NIC) po nocach ćwiczyłam latem z Chodakowską kiedy mój trzymiesięczny niemowlak spał a Towarzysz Mąż pracował w Anglii. Później okazało się że nie powinnam tego robić i wylądowałam na poporodowej fizjoterapii która trwała do grudnia, ale o tym już wiecie. Nie mogłam biegać ani ćwiczyć, znów zostały mi tylko spacery. Ale lepszy taki wysiłek niż żaden więc kilogramy co prawd anie leciały, ale też nie wracały. Mimo moich niezliczonych kaw i ciastek ze znajomymi mamami i niemamami. Tak, fajne to było lato.

Przyznać jednak muszę że waga w moim domu jest sprzętem obowiązkowym. I że niby nie waga się liczy, a centymetry i takie tam – wszystko rozumiem i ze wszystkim się zgadzam. A mimo to się nie mierzę (jestem na to za leniwa, kurczę!) a ważę. Co rano. Jeśli waga wskazuje więcej po jakimś wybitnie folgującym sobie dniu następnego dnia jem trochę mniej i obserwuję czy waga wraca do normy. Zwykle wraca. Wiecie, jak w ‚Bardzo głodnej gąsienicy’ (tylko bez takich ekstremów jak jeden zielony liść, no nie przesadzajmy, no!). Waga przypomina mi o tym, żeby się jakoś trzymać – nie tak, jak kiedy pierwszy raz pojechałam do Anglii na dłużej i w trzy i pół miesiąca przytyłam osiem kilo (noooo dobra, osiem kilo z hakiem!) kompletnie tego nie zauważywszy (ciuchy rosły razem ze mną, słowo daję!).

Do tego woda. Mocno niedoceniona. Ponoć większości matek karmiących chce się bardzo pić – ja tego nie pamiętam szczególnie, pamiętam natomiast że pilnowałam żeby wypijać 2-3 litry wody dziennie. Wody, poza innymi płynami. To naprawdę szalenie dobrze robi na samopoczucie i na figurę. Nie wierzycie? Proponuję małe wyzwanie – nie zmieniając nic w diecie ani trybie życia pijcie o 1,5 litra (jedną dużą butelkę) wody dziennie więcej. Założę się o wszystkie pieniądze z blogowania (ostrzegam, e nie ma tego zbyt wiele, ale kasa to kasa 🙂 że waga pójdzie w dół (choć TM twierdzi że to wbrew logice) a samopoczucie w górę.

photo 3 (2)

Milly ma mniej-więcej tydzień a ja lekko odstający brzuch, ale poza tym brak większych uszczerbków na figurze. Spodnie sprzed ciąży (ze streczem, ale zawsze).

DSC_1097

Parę tygodni później uskuteczniałam spacery w przedciążowych szortach. Za dużych przedciążowych szortach.

10466846_10152094281411881_54156059_n

Chrzciny. Milly ma pięć tygodni a ja wystąpiłam w sukience którą dostałam od mamy… 15 lat temu!

Teraz

Dziecko rośnie. Przy braku dobrych wiatrów – jak u mnie – spacery w wózku stały się nierealne. Wydłużyły się czasowo (piaskownice, place zabaw i wszystko inne po drodze) a skróciły dystansowo (która mama toddlera tego nie zna?!). Do tego zmęczenie ogólne związane z zajmowaniem się dzieckiem i łączeniem tego z milionem innych spraw, wieczny niedoczas, jedzenie łapane w biegu, ciasto zamiast śniadania (mea culpa!) i zdecydowany brak czasu na cokolwiek. Bo kiedy śpi się pięć-sześć godzin dziennie, a resztę dnia ma wypełnioną po brzegi naprawdę trudno znaleźć czas na cokolwiek sportowego. To że nie przytyłam zawdzięczam chyba tylko stresowi i oczywiście tego nie polecam. Ani to dobre, ani zdrowe. Ale w końcu przyszedł czas na lekkie wyluzowanie i zajęcie się sobą porządne. Wróciłam do biegania. Zainwestowaliśmy z Towarzyszem Mężem w używaną rowerową przyczepkę która zmienia się w wózek do biegania i… biegamy i jeździmy! Wiadomo, bieganie takie jak bez dziecka to to nie jest – przerwy muszą być, wszak wyjść z przyczepki trzeba (wózek to wózek,a le bunt przyczepki i tak jest niczym w porównaniu z histerią wózkową), rozprostować małe kości, pozrywać listki, powąchać kwiatki, znaleźć patyki, pogmerać ślimaki, napić się wody, poczęstować Georga dzielącego z nami przyczepkę wodą, pozaczepiać wszystkich możliwych przechodniów w parku, by jakieś 10-15 minut później z łaską zdecydować się na transport dalszy. Pod warunkiem że nie mijamy placu zabaw, bo wtedy kolejna przerwa murowana. Tym samym pięciokilometrowy bieg może zająć i półtorej godziny… Ale wiecie co? To nic! Lepszy taki ruch niż żaden. Ja zdecydowałam się na bieganie bo to zwyczajnie bardzo lubię, a prawda jest taka, że jeśli czegoś nie lubimy to raczej w tym nie wytrwamy. Więc róbmy to co lubimy. Jeśli z dzieckiem się nie da to bez dziecka, kiedy to śpi albo opiekuje się nim tata. A jeśli potencjalnie nic się nie da… to zajrzyjcie do sportsmamy i zobaczcie, że jednak się da. Sport naprawdę dobrze robi na figurę, ale i, dla mnie w tej chwili przede wszystkim – na samopoczucie.

Moja dieta wciąż pozostawia wiele do życzenia. Uwielbiam desery, kawy i ogólne biesiadowanie przy stole – albo bez stołu, wszak sezon na pikniki w pełni. Randka idealna zawsze zawiera w sobie element kolacji i zamiast wyjść na piwo też wolę takie, które związane są z jedzeniem. Cóż… Ja po prostu uwielbiam jeść! Ratuje mnie chyba tylko to, że poza deserami, które są moją zmorą, ja naprawdę lubię zdrowe i lekkie jedzenie, a czipsy, fast foody, gazowane napoje i ciężkie mięsa mogły by dla mnie nie istnieć. I jakoś… jakoś się trzymam. Obecnie waga wskazuje 5 kilo mniej niż przed ciążą, ale jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia nabrałam chrapki na jeszcze parę kilo w dół (czy tam centymetrów. Jeśli się w końcu, oczywiście, zmierzę). Trzymajcie za mnie kciuki!

10384059_10204281789584318_278589820816583629_n 11022413_10204277191029357_7308693055741136154_n 11350320_10204324071441338_2077184546_nedi

Jadyyyyyymy! (Tak, wciągam brzuch. Ale czy Wy widzicie to żebro? Żebro mam! Ja maaaam! Żebro!)

 

A jak to było u Was? Ciąża odbiła się na figurze czy zupełnie nie?

Ściskamy,

z&m


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

10 komentarzy do “M15 Jak nie przytyłam w ciąży, tuż po ciąży i w czternaście miesięcy po ciąży? Poradnik subiektywny.

  • Marta i Julia

    Super mamuśka wyglądasz 🙂 U mnie bylo 10 na plusie w ciązy ,kiedy wróciłam do domu z Juleczką ze spzitala ważyłam tyle co przed ciążą-) karmiłam piersią 5 miesiecy. teraz waże 4kg mniej -każdy mówi ze jeszcze lepiej wyglądam jak przed ciążą. tylko moja mama krzyczy na mnie że jestem za chuda ale mi to pasuje 😛 nie ukrywam chciałabym jeszcze chociaż 2 kg zgubić :P:P (fakt cycków już w ogóle nie mam- jestem płaska jak deska- niestety ,a miałam największe w rodzinie :P) Jem normalnie ale chipsów coli,pepsi nie pijam bo nie lubię a alkohol mi nie smakuje ,czasami wypije lampkę wina ale rzadko.Niestety nie mam czasu na ćwiczenia:-( bo po pracy szybko pędzę do Juleczki i nadrabiamy stracony czas. A wiadomo dziecko 15 miesieczne jest w ciągłym ruchu trzeba poświęcić duzo uwagi 🙂
    Pozdrawiamy 🙂

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      No to niezła z Ciebie figurowa szczęściara 🙂 Mi alkohol niestety smakuje, zwłaszcza kiedy jest winem, piję go jednak wybitnie sporadycznie jako że (tak, ciągle i jeszcze) karmię piersią. To prawda z tym ruchem i piętnastomiesięcznym dzieckiem 🙂 PS. Cycki są przereklamowane 🙂

  • Mama Pana Adama

    Brawa za żebro!!!!:):) Ja w ciąży przytyłam książkowe 12 kg, z czego 4 ostatnie w ostatnim miesiącu! Tak, wtedy co się już ponoć nie tyje!:) niestety za niska waga małego potwierdzona 3 usg wskazała mojej ginekolożce, że być może za dużo się ruszam, a fitness z koleżankami z korpo-banku i 12-km spacery po Parku Śląskim nie dają Adasiowi przytyć i urosnąć. Ostatni miesiąc przeleżałam, co… małemu niewiele dało , bo w 39 tyg. ważyl 2,5 kg. Długo męczyłam się z dodatkowymi 4 kg, bo po cesarce robionej na gwałt po 14 godz pobytu w bugucickim szpitalu, dostałam zakaz ćwiczeń poza spacerami nie standardowe 6 tyg a 4 m-ce. Ale po tym czasie zawzięłam się, kupiłam rower stacjomarny (biegania nie znoszę…) i całą zimę jeździłam po 30 km:) dzisiaj waga niższa o kg niż przed ciążą, bez żadnych diet. Kocham sałatki, ryby, owoce, ale nie pogardzę kanapką z serem i keczupem lub zimnym piwem na rynku w krk:) ale to dla mnie mało i chcę jeszcze 5 kg wdół:) wszystko się da nawet jak… się nie da:) Mocne postanowienie poprawy i rachunek sumienia za grzechy dietetyczno-spprtowe w ciąży i po porodzie i waga leci:) I masz rację – woda robi cuda. I ja w trakcie karmienia potrafiłam wypić 3 szklanki wody. Tak mi się chciało pić że hohoho:) Na spacer nie ruszam się bez wody, do autobusu,na zakupy, wszędzie indziej też:)

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Dzięki za brwa i brawa zwrotne! Ja z kolei jestem słabo rowerowa, ale dla rodzinnych rowerowych wypraw jestem w stanie się przemóc (ale tak jak z bieżni mogli by mnie nie ściągać, tak na myśl o rowerku stacjonarnym w domu przechodzą mnie dreszcze. Na stówę robiłby za wieszak na ubrania). Dziękuję za komentarz! x

  • Zuzanna Szulist

    Możemy się tylko cieszyć. 🙂 Ja jestem jedną z tych szczęściar, które całe życie mogły wpieprzać McDonaldy, popcorn z masłem i czipsy w środku nocy (co też często robię, bo lubię) i nie przytyć ani kilograma. W ciąży najpierw schudłam 6 kg (choć mdłości nie było, ale jadłowstręt straszny), a potem przytyłam 9, czyli… 3 na plusie. Do porodu szłam lżejsza niż w momencie poczęcia. Poród to wiadomo – kilka kg na raz, a potem jakiś szok – przez pierwsze dwa tygodnie kp dzień w dzień chudłam pół kilo. Później trochę przystopowało, ale waga ciągle, nawet teraz, prawie 14 miesięcy po ciągle leci delikatnie w dół, a żadne bieganie czy rowery zupełnie mi nie w głowie. Zawsze byłam szczupła, teraz mieszczę się w… spodnie z podstawówki!, a jem…. no, niejeden by się za głowę złapał. 😉 Tyle, że ciągle nieco brzuch odstaje jak się najem, nie wiem co z tym zrobić. Pewnie trzeba by porobić jakieś brzuszki, ale nie chce mi się. 😛

    • Magda

      No nie wiem, czy bardziej Ci zazdroszczę, czy mocniej nienawidzę 😛
      WOW!

      I Zuza-autorka też wielkie WOW! Większe niż Zuzanna, bo własną ciężką pracą, a nie wcinaniem popkornu po nocach ghrrr. Żebro razi w oczy me!

      • Zuzi
        Zuzi Autor wpisu

        Zuza – ja chyba Cię mocniej nienawidzę niż Ci zazdroszczę. Ja jak widać na załączonych obrazkach nie zawsze byłam szczupła (a i to nie jest apogeum mojej nieszczupłości) a i teraz bym się nie do końca tak określiła. Jestem niska i raczej okrągła, ale mam przyzwoite proporcje, co mnie ratuje:)

        Magda – żebro <3 A i tak uważam że Twój obecny brzuch sto razy lepszy niż moje żebro 😀

        • Magda

          Ups, pokazywałam swój obecny brzuch i nie pamiętam czy tak tylko założyłaś, że musi być? Serio!
          Mój obecny brzuch, a raczej jego pępek mówi wprost: „jestem już taki duży jak na sam koniec poprzedniej ciąży, a zostały jeszcze 2 miesiące”. No wyłazi ten pępek, pokonał tłuszcz!