M31/M3 Nie jestem Samanthą 12


fotorcreated1

Ostatnie dni września. Warszawa.

Wyrwałam się na doczepkę z Towarzyszem Mężem i jego delegacją. I z dziećmi, bo jak to tak bez dzieci, zwłaszcza w tym wieku (dzieci wieku,a  nie że dwudziestym pierwszym). Do Łodzi też się wyrwałam, co mi tam. Teraz jestem jednak w Warszawie, mieszkam w apartamencie z oknem na Pałac Kultury (wróć, mieszkamy wszyscy, z mężem i dziećmi to jest), chłonę zmianę otoczenia której tak bardzo potrzebowałam i mimo obładowania progeniturą i stresu TM związanego z nową pracą – cieszę się że wyjechałam.

Wychodzę sama z dwójką, TM pracuje. Mill ładuję do Tuli, Różę do wózka i uderzam w miasto. Przyjazne dzieciom miasto, chciałyśmy bardzo iść do Muzeum Pollin, ale pogoda taka piękna, Mill ma w nosie muzea i prosi żeby iść na plac zabaw, a ja skuszona słońcem i bardzo dodatnią jesienną temperaturą ulegam bez zbytniego żalu. Muzeum nie zając, Warszawa nie koniec świata.

fotorcreated2

Budzimy sensację, z jakiegoś powodu. Mimo tego że Róża w najlepsze śpi w wózku a Milly prowadzi ze mną wesołą pogawędkę (Poparz mamo, kasztany są! nie ma pada deszcz! sun jest! świeci! lalabaw idziemy!) słyszę od przechodniów, że ‚musi mi być ciężko’ albo że nie wiedzą jak ja daję radę. Czasem nie daję – myślę – ale uśmiecham się tylko pod nosem bo wstrzelili się w dobry dzień. Podsłuchuję też babcię na mój widok mówiącą do swojej córki albo synowej, zresztą też z dzieckiem w wózku, że matki teraz to przerąbane mają, jedno na plecach, jedno przed sobą… I myślę sobie, że wcale nie mamy tak przerąbane. Z wózkiem co rusz ktoś mi pomaga. Mam opcję wrzucenia jednego dziecka na plecy i wiezienia drugiego w wózku. Albo wrzucenia jednego w chustę i wiezienia drugiego. Lub spacerowania, jeśli spacer znajomą trasą, bo na niewiadomej długości spacery w nieznanych miejscach z niemowlęciem i toddlerem za rękę się samotnie nie porywam, przyznaję bez bicia. Istnieją podwójne wózki, które olałam, z racji tego że starszak w wózku jest już baaaardzo sporadycznie. Ale opcja jest.

fotorcreated5

Są w infrastrukturze miejskiej miejsca przyjazne mamom z dziećmi (zresztą na nich oparłam całe warszawskie zwiedzanie – wielkomiejski lunch zjadłyśmy w Kredce, a deser – bo kto powiedział że pizza to nie deser – w Warsie i Sawie, a wszystkie place zabaw po drodze też były świetnie pomyślane i mogłam spokojnei karmić R. kiedy Mill szalała na huśtawkach) i milion gadżetów, począwszy od chusteczek nawilżanych i pampersów, a na podgrzewaczach do mleka i innych bajerach skończywszy. Czy jest nam łatwiej dzięki temu? Pod wieloma względami tak, pod wieloma nie (ale to temat na zupełnie inny post). Świat stoi przed nami otworem.

fotorcreated7

I tak, myślę o tym, że bez dzieci pod wieloma względami byłoby mi w tej całej Warszawie łatwiej. Że pewnie na deser poszłabym do Lukullusa a wybierając miejsce na obiad kierowałabym się radami Krytyki Kulinarnej a nie googlała’miejsca przyjazne dzieciom’. Pewnie szłabym jeszcze bardziej niespiesznie, albo właśnie bardzo spiesznie zwiedzając jeszczcze bardziej i jeszcze więcej. A może wcale nie pojechałabym wtedy do Warszawy tylko siedziała za biurkiem i wpatrzona w biurowy zegar odliczała godziny do 17?

Na pewno nie jestem (i chyba nigdy nie byłam, ale teraz nie jestem jeszcze bardziej, tak jak tylko można nie być) jak Samantha z ‚Seksu w wielkim mieście’. Szukam zupełnie innych rozrywek, makijaż nakładam w trzy minuty, nie marzę o nowych Manolach i kiedy spotykam sie z przyjaciółkami zdarza nam się spędzić trzy godziny próbując zrobić kawę ogarniając jednocześnie gromadkę dzieciaków zamiast beztrosko gawędzić przy cosmopolitanach licytując się na orgazmy.

I w życiu, nomen-omen, Warszawy bym się nie zamieniła.

Serio, co tam ‚Zachęta’. Wiecie jaki wypaśny plac zabaw jest w Ogrodzie Saskim?

fotorcreated3

Ściskam,

z.-


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

12 komentarzy do “M31/M3 Nie jestem Samanthą

  • Marta i Julia

    Normalka ludzie z góry oceniają nie znając sytuacji … ale ty dajesz sobie świetnie radę sama kiedy mąż jest w pracy 🙂 Ja ,fakt mam jedno dziecko ale w tygodniu jestem zdana tylko na siebie tzw. „słomiana wdowa” ze mnie….i już rozmyślam co to będzie jak będzie mi kiedyś dane mieć drugie dziecko ale pocieszam się tym, że Julcia będzie starsza więc chyba będzie ciut lepiej ale wszystko da sie przeżyć a dzieci zaraz wyrosną …a to zleci…..i będziemy miały więcej czasu na własne przyjemności….Ale ja wcale nie zazdroszczę dziewczynom/kobietom które żyja sobie beztrosko mając czas na „kawke” z przyjaciółkami bo nie mają dzieci lub mają okazję wyjść z domu bez dzieci. Jakoś żyje i bez tego.
    A jak tam Milenka chodzi juz do przedszkola?? Bo moja Julia idzie do grupy 3-latków od listopada juz na 100%.
    Pozdrawiamy

  • Mama Pana Adama

    Nie ma idealnego przepisu na idealne życie. I to co jest tu i teraz nigdy nie będzie takie samo za 10 lat. Nigdy wcześniej tez nie było. Ja wychodzę z założenia, że w życiu na wszystko jest czas – raz na zwiedzanie, galerie, koncerty, wystawy, innym razem na place zabaw, miejsca przyjazne dziecku i miejskie toalety z przewijakami. Życie! Wiem, że za 20 lat, gdy już wrócę na tę starą ścieżkę z muzeami i teatrami będzie mi zwyczajnie w świecie brakować tych placów zabaw i tego dziecka na plecach w Tuli. Korzystam póki mogę:) Bo nic 2 razy się nie zdarza. A to swoje mamine życie – chociaż póki co tylko z jednym Bąblem (którego nie ogarniam, a skoro tych z dwójką ogarniasz tak wybitnie to wielkie zazdro!:)) kocham nad życie. Dlaczego? Bo o dziwo bez tych randek z mężem, bez kultury wyższej bez pracy zawodowej od 2 lat i 3 miesięcy – nigdy nie byłam szczęśliwsza:)

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Ha! Widzisz! Cudownie!
      Ja – mówiąc szczerze – mam różne momenty. Czasem czuję się na totalnym dziecięcym haju, rodzinna sielanka, te sprawy, jest bosko. A czasem mam ochotę walić głową w mur i zostawić cały ten majdan na chociaż pół dnia i biec przed siebie jak najdalej, do woloności i młodości. Życie 🙂 Ale tak, oczywiście rzygająco-tęczowo też bym się nie zamieniła, mimo momentów hardkoru 🙂