M6/Y2 Blue Monday 6


Podobno wczoraj był najbardziej depresyjny dzień w roku. Nieświadoma niczego (nie zdążyłam włączyć radia, telewizji od dawna nie oglądam), wstałam właśnie w jakimś wisielczym humorze, znów potknęłam się o stos książeczek o Kici Koci przy łóżku Starszej i nie-wiadomo-skąd-się-biorący inny stos bałaganu wszelkiej maści.

– Mamoooo! – wykrzyknęła Mill – Mleko chciałem* (tak, mówi o sobie często jak chłopczyk, choć coraz mniej – ot, takie kuriozum odchodzące do lamusa podobnie jak mana=banan i koli = przedszkole) i bajki!

Z rezygnacją wstaję szurając nogami o podłogę. Towarzysz Mąż już w pracy, miał na siódmą dzisiaj. Auto u mechanika już od tygodnia, jasny gwint, ale Dziadek przyjedzie odwieźć Mill do przedszkola, a moja wdzięczność że przynajmniej nie muszę tłuc się autobusem z toddlerem i niemowlakiem o wczesnych godzinach porannych nie zna granic. – Mamooooooo! – niecierpliwi się M. Przynajmniej Młodsza śpi – myślę. I w tym momencie Młodsza się budzi wymiotując spektakularnie na całe łóżko. O-ho, więc jelitówka która na swój sposób męczyła nas cały weekend jeszcze jej nie przeszła. Kombinuję jakby tu się rozdwoić, Dużej dać mleko i przygotować ją do przedszkola, Małą przebrać, pościel zmienić. Priorytety, szybko szybko.

I mechanicznie – słucham jęków starszej przebierając Młodszą i próbując tłumaczyć starszej dlaczego zwymiotowana Młodsza jest ważniejsza niż jej mleko i jej bajki. Młodsza siup w bujaczek z gryzakiem (chociaż humor jej dopisuje!), Starsza w końcu to mleko i te bajki (ogląda Daniela Tigera na Netflixie, znacie? My rodzinnie bardzo lubimy i piosenki z tej bajki wykorzytujemy jako pomoc w wychowywaniu. Dzięki Danielowi w końcu udało nam się odpieluchować, udaje nam się poskramiać złość, zachęcać do pomocy i dzielenia się. Oczywiście, że jest nieco słodko-pierdząco-amerykańsko-kiczowata, ale… działa), potem pościel, zanim materac się zawilgoci na amen.

DSC_0533blue

Sprzątam, ale myślami jestem gdzie indziej. Pakuję plecak, sprawdzam połączenia lotnicze do Azji. Moja przyjaciółka M. mieszka tam już trzy lata, ciągle się odgrażamy że przyjedziemy, a ciągle coś stoi na przeszkodzie. W myślach ten plecak pakuję i te połączenia sprawdzam, oczywiście, bo nie w myślach to ciągle jednak w tym obrzyganym niemowlęco łóżeczku funkcjonuję. Potencjalne gigantyczne oszczędności potrzebne do uzyskania kredytu hipotecznego na działaności spędzają mi sen z powiek. Dorosłość jest przereklamowana. Zamiast ogarniać ten barłóg codziennie, wycierać te lepkie rączki, lepkie podłogi, orientować się w okresach ząbkowań i rozszerzań diety marzę o dalekich wyjazdach, spotkaniach, których nie trzeba planować pod drzemki dzieci (no dobra, pod drzemki dzieci i tak nie planuję, bo śpią nieregularnie. Młodsza to jest, bo Starsza śpi w przedszkolu a w weekendy też jak wyjdzie. Po 19 się jednak nie umawiam, bo dzieci trzeba spać położyć, a ryzyko że zasnę z nimi jest wielkie. Do tego ząbkująca Róża może obudzić się w każdej chwili i tylko Matki Dostępność Już i Natychmiast jest w stanie w miarę bezproblemowo utulić ją z powrotem), chwilach, kiedy mogę pracować z głową wolną od nieustannego niemowlęcego i toddlerowego natłoku potrzeb i chciejstw. Wracam do wspomnień, kiedy z Towarzyszem Mężem przemierzaliśmy Hiszpanię wzdłuż piechotą z plecakami i do tych kiedy spotnanicznie wydawałam osiemdziesiąt euro na buty bo taki miałam kaprys. Myślę o czasach kiedy czytałam długo w noc, nawet mając wizję niewyspania. Teraz niewspana nie funkcjonuję, a nie mogę nie funkcjonować z dziećmi. Wiecznie na posterunku, wieczny baby-alert, toddler-alert, wiecznie coś.

– Mamoooo – z zamyślenia wyrywa mnie toddler – Poo poo!

Cóż, taka prawda, rzucam w połowie rozebrane łóżko i biegnę z nocnikiem. Zdążyłam, ona zdążyła, uff, przybijamy piątkę i pękamy z dumy. Flush, and wash and be on your way! – nucimy obie na melodię Daniela Tigera, a ukontentowane niemowlę robi się nieco mniej ukontentowane. Biorę niemowlę na ręce, działam z opróżnianiem nocnika i myciem rąk w łazience, orientuję się że jest jakaś dziko późna godzina. Na szczęście dziadek neizbyt punktualny. Odkładam niemowlę, ryczy, trudno, musi chwilę, znów się nie rozdwoję, a najwyższa pora ubierać Starszą do przedszkola. W sensie – ona się sama ubiera, ale z wyższych półek trzeba podać te majty,te skarpety, może trochę jednak pomóc i przyspieszyć ze względu na goniący czas. Łóżko dalej leży w połowie zrobione, co z materacem, świta mi pytanie w głowie, ale nie mam czasu się dłużej nad nim zastanawiać w obliczu nieszczęśliwej Młodszej i nieubranej Starszej.

Ufff.

Przychodzi Dziadek, Mill wychodzi. Niemowlę się uspokaja, o-ho, trzeba jednak było przewinąć. Przewinięta ćwiczy teleportację na macie (matę też by już trzeba było umyć porządnie, zauważam, kiedy odkładam na nią Różę, i dopisuję zadanie do mojej nie-kończącej-się-never-and-ever-and-ever-and-ever listy rzeczy do zrobienia. Dopisuję w mojej głowie, oczywiście, bo na fizyczne zapisanie nie ma szans w obliczu przewijania dziecka i zajmowania się zarzyganym łóżkiem) a ja wracam do sypialni.

Siadam i płaczę, wielkimi grochami łez nie-wiadomo-dlaczego. Róża śpi. Przy dobrych wiatrach mam jakieś pół godziny na ogarnięcie domowego sajgonu. Wróć. Kawy potrzebuję i ciasta, choć ciasto chyba nie jest najlepszym pomysłem po weekendowej jelitówce. Banany wymagają przerobienia, piekę ekspresowy chlebek bananowy i przekładam przyjemność kawowania na później. Najpierw obowiązki. Sporo tych obowiązków. Staram się swoim dołkiem nie obudzić Róży i nie szlochać za bardzo. Krew mnie zalewa że nawet się wypłakać porządnie nie mogę, bo znów ten wieczny baby-alert, ten brak oddechu.

Róża się budzi, w miarę w humorze, uff. Je, leży, uśmiecha się. Patrzę na nią i cieszę się, że jest i zastanawiam się, o co mi w ogóle chodzi. Ale jednak ten poniedziałkowy blues nie odpuszcza. Wychodzimy na spacer, R. spokojna, ja jednak z poczuciem że wyszłam na ten spacer z obowiązku bardziej niż z ochoty. Wystudzony chlebek bananowy i kawa z książką czekają na kolejną drzemkę R. Spała 7 minut. SIEDEM.

DSC_0556blue

Jako że dalej bez samochodu – ładuję dziecko w chustę (kangur coraz lepiej mi wychodzi i wygodniej mi w nim z tą wątpliwą ‚kruszynką’), kurtka siup, plecaczek Milly zapomniany rano siup, sanki pod pachę i zaiwaniam na autobus. Komplementów usłyszałam w bród, ale jeśli będziecie mieć kiedyś pomysł, żeby w kiepskim humorze iść z niemowlęciem w chuście, plecaczkiem toddlera na plecach i sankami pod pachą na autobus powiadam Wam – zaprawdę powiadam Wam – nie idźcie tą drogą.

Ubranie toddlera w przedszkolu zajmuje mi jedynie 40 minut. Toddler ewidentnie też ma Blue Monday. Autobus powrotny ucieka nam spod nosa, kolejny za godzinę. Wizja 45-minutowych sanek przez park brzmi kusząco, jednak Toddler marzy o tym żeby jechać autobusem. Proponuję tramwaj na który trzeba dojść ze dwadzieścia minut na sankach, i wilk syty i owca cała. Toddler łaskawie się zgadza. R. marudzi w chuście, która się zdaje się trochę poluzowała, ale poprawić nie ma teraz szans. Toddler wywala się z sanek i jęczy że chce na rączki. Nie mam rączek. W sensie mam, ale mam też niemowlę w chuście z przodu i cholerne sanki.

Zagryzam zęby, bo co mam zrobić, czemu dzieci winne, że taki, kurka, poniedziałek.

– Jestem trochę hungry – dodaje Mill, a ja jak na złość mimo Ekwipunku Na Każdą Ewentualność w plecaku toddlera nie mam nic do jedzenia. Nie Na Każdą Ewentualność, zdaje się więc.

Mam ochotę siąść i płakać, ale nie siadam i nie płaczę. Tłumaczę Mill że zjemy w domu i prześcigamy sie w pomysłach co zjemy i ile (lodis brown, duuuuuzio). Róża usypia. Biegnę ciągnąc sanki a Mill śpiewa Jingle Bells. No dobra – myślę – jest, mimo wszystko – całkiem fajnie. Do tego dużo ludzi nas zaczepia, uśmiecha się, wyzywa od dzielnych mam i twierdzi że podziwia. Phi, wzruszam ramionami, i myślę sobie że z tymi dzieciakami to jednak tak nie najgorzej jest. Dobiegamy do tramwaju, jedziemy trzy przystanki, z tymi sankami, z toddlerem, z chustą. Ciężko, myślę, ale jak satysfakcjonmująco. Jakie piękne zdrowe, mądre dzieci mam. Jaką zimę mamy prawdziwą, na sanki można iść, a i smog trochę odpuścił. A toddler, jak się jara tym, że może press the button (ten zielony, do wysiadania) w tramwaju! Ludzie nam pomagają w drzwiach i po schodach, wszyscy się uśmiechają, zupełnie nie jakby to był najsmutniejszy dzień w roku.

– Ja chcę iść na piłki! – oznajmia Mill widząc znajome centrum handlowe z salą zabaw przez które musimy przejść żeby dotrzeć do domu na te lodis brown, duuuuuzio.

Kucam i patrzę jej w oczy. – Wiem – mówię do niej poważnie. – Ja też bardzo chciałabym Cię tam zabrać. Ale jestem już bardzo zmęczona i bardzo chcę te lody. I ciasto mamy, upiekłam, bananowe. Róża zaraz się obudzi, będzie też chciała jeść a nie bardzo wyobrażam sobie ją karmić na tych piłkach, wiesz? To by było, co? No i te sanki, kurczę, nie wiem gdzie mogłybyśmy je położyć tam. Pójdziemy w inny dzień, dobra?

– Dobra. – odpowiada Mill, a mi opada szczęka, bo z reguły w takich sytuacjach mimo moich usilnych tłumaczeń powtarza swoje i nie daje spokoju.

Po drodze do domu wznoszę się na wyżyny kreatywności wymyślając grę w biegi z dotykaniem latarni po drodze, bo zmęczona też już Mill prosi jednak o te rączki. No smuteczek, nie mam, ciągle nie mam ich wystarczająco. Gra okazuje się sukcesem, Mill wygrywa, Róża dalej śpi. Ave.

DSC_0559 blue

W domu kroję jej ciasto (chce jednak ciasto, nie lodis, ale niezmiennie duuuuuzio), parzę earl greya, jeszcze tylko dwie godziny do powrotu Towarzysza Męża. Zapach Earl Greya unosi się w kuchni, Róża się budzi w humorze, Milenka sadowi się przy stole i opowiada mi o swoim ciekawym przedszkolnym dniu (próby były, wiesz, na dzień babci, nie chciałem śpiewać, chciałem z Piotrkiem bałić, autami! Ale tańczyłam boogie-woogie i obiał zjadłem cały cały!) a ja z każdym łykiem ciepłej herbaty odzyskuję równowagę. OK, nie jest najgorzej. Smuteczki odchodzą w niepamięć. Odkrywam istnienie Blue Monday i myślę sobie, że coś w nim jest. Ale myślę też, że istnieje antidotum.

Rodzina.

I czas.

I odwieczne – jutro będzie lepiej!

Jest lepiej.

Ściskam już niebluesowo.

z.-

A Wy, przeżyliscie też poniedziałkowe smutkowanie czy zupełnie Was ominęło, szczęściarze?


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

6 komentarzy do “M6/Y2 Blue Monday

  • Marta i Julia

    Mnie raczej omineło choć też od rana koczowałam w przychodni z chora Julia zreszta wszyscy byliśmy chorzy ….jakiś wirus panował (na szczęście nie jelitówka-tego boje się najbardziej). Co do spraw pieluchowych moja Julcia to już samoobsługa w wc -na szczęście wystarczy że ma zosatwione uchylone drzwi, zreszta juz sięga do klamek. Nadal jest niejadkiem więc nawet juz w przedszkolu nie pytam czy zjadła…..w domu próbuje wcisnąć jej drugi obiad 😛 Ale smaka narobiłas mi tym bananowcem-musze zrobić 🙂

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Polecam! Zresztą, jakiego ja ciasta nie polecam :))))
      Milly też kompletnie odpieluchowana i samoobsługowa (poza nocą, ale to bardziej dlatego że ja nei jestem gotowa niż ona. Jak tylko nabędę materac łóżeczkoochronny to jedziemy z tym koksem), nareszcie, uff.
      Jeść je, różnie, raz mniej raz więcej, nie spinam się z tego powodu.
      Dzięki za Julciowe niusy, często myślę co tam u Was:)

  • Aneta

    Fajny wpis 🙂 moje dni też tak często wyglądają 🙂 wczoraj mój mały dwumiesieczniak spał jak na lekarstwo, ledwo przespał 3 h w dzień w sumie, trochę mało na 2 miesięczne dziecko. A dzisiaj, spacerek w słońcu zaliczony, zakupy w Reserved, mały chłopiec nadal śpi po przyjściu do domu, choć już minęło 1h50min od powrotu, Tata odbierze dwulatkę ze żłobka. Zupełnie inny dzień. Szkoda, że jak mam ciężki dzień nie pamiętam jak wiele dni było wspaniałych i jak wiele jeszcze napewno będzie 🙂
    Ps, Jak daleko macie przedszkole Milenki?

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      O, to, to! Kiedy ciężki dzień się dzieje ciężko złapać perspektywę. Ale serio, ja już tego poniedziałku zupełnie nie pamiętam i nie czuję tak, cieszę się że napisałam ten post pod wpływem chwili bo kiedy czytam go teraz myślę – serio, dziewczyno, o co Ci chodziło? A prawda jest taka że każdy ma czasem gorszy dzień i już samo danie sobie na to przyzwolenia działa na mnie uspokajająco. Dziś, dla odmiany, spędziłam fantastyczny dzień.
      PS Przedszkole Milenki jest około 40 minut piechotą, około 5 minut samochodem, około 15 minut autobusem.

  • Kinga M.

    Chociaż nie mam drugiego dziecka (a szkoda, bo czekam na nie z utęsknieniem) to wiem o czym mówisz… Moja doba kurczy się niesamowicie, bo pracuję na etacie. Rano, raniutko odwożę synka do żłobka, a po pracy pędzę, by go odebrać (a już po pół godzinie myślę „po co mi się tak spieszyło…”). I wczoraj usłyszałam o tym beznadziejnym poniedziałku i postanowiłam zmienić ten dzień. Mój syn dla odmiany mówi często „chciałam, zrobiłam” 🙂 Najczęściej nie chce wracać do domu. Kiedy skręcam w bramę już słyszę płacz i zgrzytanie zębów, wysiadać z samochodu nie chce… A ja jestem złą mamą, bo po prostu, po pracy czasem nie mam zwyczajnie mi się nie chce, by na ten spacer iść. Czeka obiad do zrobienia, pranie, sprzątanie (szumnie nazywając ogarnianie mieszkania), prasowanie… Nieść go na rękach zwyczajnie nie mam sił.. Ale postanowiłam. że będzie to inny poniedziałek. Kiedy przygotowywałam się, żeby wypiąć go z fotelika popatrzyłam w te smutne oczy i powiedziałam: „Nie idziemy do domu”. I zobaczyłam iskierkę nadziei. Okropne uczucie.. I poszliśmy po prostu do sklepu po chleb.. I efekt tego spaceru po chleb był super: sam chciał iść do domu, sam wszedł po schodach, nie było płaczu i marudzenia. I myślę sobie, że częściej muszę chrzanić swoje zmęczenie. Staram się robić dla syna wszystko, co mogę ale życie nie jest cukierkowe.

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Kinga, dzięki za ten komentarz. Jak mawia Matka Polka – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija! Ten intensywny czas w końcu się skończy i złapiesz oddech, zobaczysz… Na drugie dziecko też się naczekałąm – warto było 🙂 PS I wypad po chleb zawsze spoko :)))