M6/Y2 Rok. Było-minęło. Podsumowanie 2016. 4


new-years-eve-936219_960_720

 

Co roku do tej pory dzieliłam sie z Wami moimi noworocznymi postanowieniami i planami na kolejny rok. Podsumowywałam jakoś ten, który mijał. Także, z lekkim jedynie opóźnieniem (no i co, psińco), niechże tradycji stanie się zadość – w tym wpisie mikro-podsumowanie, a w kolejnym – o planach na 2017.

2016

Był różny, ale głównie wspaniały. Noworoczne plany (do wglądu tutaj) miały się świetnie do lipca (rzeczywiście chodziłam do muzeum i biblioteki przynajmniej raz w miesiącu, mieszkanie BYŁO w miarę ogarnięte a książek przeczytałam trzydzieści kilka, co i tak było świetnym wynikiem jak na tamten etap roku). A później przyszło szumnie zapowiadane Nowe, które okazało się być Nową.

Doba mi się jakby skurczyła. Zwłaszcza że, nie wiem czy pamiętacie, pierwsze pięć tygodni z dziewczynami byłyśmy bez Towarzysza Męża, który jak co roku pojechał do pracy w Anglii. I mimo tego że Róża to naprawdę złote dziecko i każdemu życzę takiego niemowlęcia (spała i jadła bezproblemowo, od początku, i była ogólnie niewymagająca, w przeciwieństwie do swojej starszej siostry która była wymagająca wybitnie w tym roku). Zapomniałam co to muzeum i biblioteka, książki czytałam jedynie karmiąc w telefonie, bo każdą wolną chwilę postanowiłam przeznaczyć na zabawę ze starszą córką. Do tego starałam się mieć też życie. Wiecie, takie trochę staroświeckie: OFFLINE. A wieczorami padałam na dziób i w nosie miałam plany ze stycznia.

W ostatnim kwartale roku Milly zaczęła swoją przedszkolną przygodę. Uwielbia tam chodzić, wbrew moim obawom chora była raz. Rozwinęła się w jakimś turbotempie otoczona rówieśnikami i cudownymi nauczycielkami, a ja cieszę się życiem kury domowej z niemowlęciem na biodrze (wyobraziliście sobie to? Serio? No właśnie. Myślę że dałabym radę góra miesiąc tak działać na pełny etat mamowania i sprzątania. Pisałam w jednym z ostatnich postów – ale wiem że to było dawno więc nie trudźcie się, przypomnę że pracujemy sobie z Różą z doskoku dwa razy w tygodniu poza domem przez trzy godzinki co daje nam – a przynajmniej mnie – poczucie że mam jakieś życie albo chociaż jego namiastkę. Do tego wróciłam do hiszpańskiego, polubiłam kolorowanie dla dorosłych podczas słuchania audiobooków, przedeptałam dziką ilość kilometrów obujczona co najmniej jednym dzieckiem i zrobiłam fantastyczny użytek z zakupionego w marcu rocznego karnetu do siłowni – no dobra, to też był żarcik – do zoo).

Podróżowanie było głównie lokalne, a na najlepszych wakacjach od dłuższego czasu byliśmy u znajomych w Pieninach. Rany, jak ja odpoczęłam! Z dwulatką! I dwumiesięcznym niemowlakiem! Góry były, jezioro było, małe urokliwe miasteczko z lodami też. I fantastyczna pogoda i niesamowite towarzystwo. Pięć dni, a reset jak po miesiącu na Bali. Serio-serio. Młodym matkom niewiele trzeba do szczęścia.

Zachwyciłam się chustonoszeniem (choć w 2016 opanowałam tylko jedno wiązanie, dopiero teraz czuję się na tyle biegle że ćwiczę dwa kolejne. Od dzisiaj, to jest. Co oczywiście nie przeszkadza mi w posiadaniu sześciu chust na stanie), rodzicielstwem bliskości (które w końcu zinterpretowałam na swój sposób i już mnie nie męczy dążenie do niedoścignionego ideału, a cieszy wiedza i jej przekładanie na rzeczywistość) i byciem mamą dwójki dzieci (tak, dzieci. Plural).

Rok ten był bogaty też w niezliczone kawy (i ciastka) z moimi dziewczyńskimi przyjaciółkami, kilka prób powrotu do biegania i ćwiczeń po ciąży (ale to jeszcze nie ten czas), całkiem sporo bardzo dobrych seriali oglądanych wieczorami z Towarzyszem Mężem, kilka koncertów i sztuk teatralnych (Osiecka Masterclass w NOSPRze <3), jedną wyprawę do kina, trzy spotkania z angielską familią to tu to tam, kilka małych wyjazdów w Polsce i niedaleko Polski (urodzinowa Praga Towarzysza Męża, oh yaaaah), sporo inspirujących spotkań i – jednak – całe mnóstwo niezapomnianych przygód z dzieciakami.

Bo tak – dzieciaki zdominowały ten rok. Wydarzeniem roku były zdecydowanie narodziny Róży, ale umówmy się – takie wydarzenie ciężko przebić. I tak, ciągle mam poczucie że z małymi dziećmi życie jest trochę on hold. Ale czasem też mam poczucie, że wcale mi się nie spieszy do powrotu do przeddziecięcej normalności, a czas, który jest teraz, jest tylko raz w życiu. Czas, kiedy jestem dla kogoś bardziej niż dla siebie. Kiedy jakieś dziesięć tysięcy razy na dzień mam ochotę krzyczeć ‚Dżizys, ile jeszcze’ – ale nie krzyczę (przynajmniej z reguły nie). Zamiast tego doceniam to, że mam zdrowe, kochane córeczki, a w miejscu w którym żyję nie ma wojny.

Myślę, że to bardzo dużo. Jeśli nie wszystko.

2017, powodzenia.

Ściskamy,

z&m&n


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

4 komentarzy do “M6/Y2 Rok. Było-minęło. Podsumowanie 2016.

  • Marta i Julia

    To i tak super – dużo sie działo bo ja z jednym nie mam tyle atrakcji (jeżeli w ogóle są) . Ale raz udało mi sie wyjsc do kina- mama sie zlitowała i zerwała się wczesniej z pracy żebym mogła isc na film 😛 Wszystkiego dobrego w 2017. Pozdrawiamy 🙂

  • Agnieszka G-W

    <3 🙂
    No i te koncerty, teatry, wyjazdy z dwójką to super.
    Ja od 2 lat nie byłam w teatrze 🙁 rozpacz.. ale młoda nie uśnie jak mnie choc na 10 min nie zobaczy wieczorem 🙁
    z jednej strony to uwieliam, a z drugiej, teatry, koncerty… 😛

    • Zuzi
      Zuzi Autor wpisu

      Czas teatrów i koncertów wróci, hej! Moje noworodkowe okno Róży też się skończyło i wyjścia ewentualne tylko popołudniami a i to na nie za długo, bo wieczorem bez cyca nie podchodź :/ ALE… To mija! Widzę po Mill. Ona radzi sobie beze mnie tak dobrze że na spontanie zdecydowałam że jadę odwiedzić przyjaciókę w Norwegii na trzy dni w marcu. Tylko z Różą (vide: bez cyca nie podchodź) a Mill zostaje z tatą i hulaj dusza, piekła nie ma, pizza na śniadanie i bajki do obiadu :O Wszyscy nie możemy doczekać się marca 😉 😉 ;))))