M6/Y2 Styczniowe love 2017 z ckliwą historią w tle 1


Dawno dawno temu żyła sobie dziewczyna. Żyła sobie na północy Hiszpanii, miała widok na morze, mieszkanko wynajęte, ciasne i niewłasne, za to nowoczesne i bardzo przyjemne do mieszkania w. Dziewczyna miała chłopaka, była zakochana po uszy, a chłopak dzielił z nią owo ciasne ale niewłasne mieszkanie z widokiem na Zatokę Baskijską. Pracowali, biegali, szlajali się po knajpach jedząc pintxos (północnohiszpański ekwiwalent tapas), pijąc wino i rozmawiając długo w noc.

Kiedy potrzebowali resetu – tak, było to zanim dorobili się dzieci, wizji kredytu (spójrzmy prawdzie w oczy – kredytu jako takiego ciągle się nie dorobili) i względnej stabilizacji – podróżowali w nieznane. Kiedy potrzebowali odpocząć bardziej krótkoterminowo – oglądali amerykańskie seriale. A kiedy potrzebowali robić coś swojego – czytali książki i przeglądali internety. Choć nie mieli internetu w mieszkaniu (przez rok!) i trzeba było zejść na schody żeby złapać wi-fi z knajpki na dole – radzili sobie jakoś.

Dziewczyna, w ramach czegość swojego, postanowiła parać się makijażem W końcu ma już te dwadzieścia kilka lat (ohoho), wypadałoby się nauczyć wyglądać.

I poszłoooo!

Dziewczyna przepadła we wszelkich blogach i vlogach o tematyce ‚beauty’ a ciężko zarobione euro lekką ręką zaczęła wydawać na kosmetyki kolorowe z wyższych półek (choć ciągle nie tak lekką jak na wino i podróże). Dowiedziała się o istnieniu bronzera i rozświetlacza, do perfekcji opanowała smokey eye (wszak zdarzały jej się wyjścia na imprezy więc nie że dres, ciepłe skarpetki i smokey. Takie rzeczy tylko z dwójką dzieci na stanie) i mimo wpadek ze zbyt kolorowymi cieniami i szminką na zębach (blędów nie popełnia tylko ten kto nic nie robi, wszak) poczuła się na tyle pewnie w świecie make-upu że na własny ślub nie tylko sama się umalowała, ale umalowała też swoją mamę, bo kto pannie młodej zabroni.

Kolejne kilka lat później Dziewczyna przeżywa raczej odwrót makijażowy, na fali minimalizmu wyrzuca większość szalonych makijażowych zakupów (turkusowe cienie, seriooo?) i mieści swój makijażowy dobytek w małej kosmetyczce dokupując coś tylko jeśli się skończy lub (mocno) przeterminuje.

Zamiłowanie do comiesięcznych podsumowań w stylu ‚Ulubieńcy stycznia’ natomiast dziewczynie zostaje. Lubi się inspirować, choć krąg jej zainteresowań zdecydowanie wykroczył poza makijaż. Co miesiąc w głowie, od jakiegoś roku, układa listy z ulubieńcami, ale nigdy nie siada żeby o nich napisać i się nimi podzielić (myślę, że wspomniana już dwójka małych dzieci ma z tym coś wspólnego). W końcu dziewczyna dochodzi do wniosku że szkic posta o tym samym tytule z datą sprzed roku pora wyrzucić a napisać co tam j w styczniu (bieżącego roku!) zachwyciło. I tak co miesiąc (taki jest plan, ale ehkem, dzieci. I życie. Żeby mieć ulubieńców trzeba wszak coś robić. Chyba że chcecie czytać o rewelacyjnym sprayu do czyszczenia lodówek).

***

Jedziemy!

pics1

Książki

W zeszłym roku, z braku zapisywania co czytałam i kiedy, porzuciłam projekt. Myślę że przeczytałam JAKIEŚ 52 książki natomiast twardych dowodów na to nie mam. W tym roku w końcu postanowiłam coś z tym zrobić. Zapisuję co przeczytałam, kiedy, luźne notatki na temat każdej z lektur. Póki co trzymam to w czymś na kształt bu-jo, ale myślę żeby przenieść to w jakiejś formie też do internetów (seria postów na blogu? Album ze zdjęciami okładek na fb? Nie wiem. Myślę. Chętnie przyjmę sugestie). W każdym razie czytam, sporo, i cudownie mi z tym. W styczniu poszło 5 książek, więc bez szału (@agafijaw, tak do Ciebie piję :)) ale spokojnie, rozkręcam się.

Seriale

Nie mamy z Towarzyszem Mężem telewizora. W sensie pudło owszem, mamy. Robi nam za monitor. Wiecie ile razy włączyłam opcję telewizji w tym roku? Zero. Zupełnie nie mam takiej potrzeby. Milly ogląda bajki na Netflixie (nie ma reklam, a to dla nas ważne) a i my zawsze znajdziemy tam coś do obejrzenia. Po serialowej suszy i dłuższej przerwie (nie składało się) w styczniu udało nam się obejrzeć dwa całe sezony:

Stranger things

Powaliła nas jelitówka (poza Milly, więc wygląda na to że szczepionka na rota to suma summarum dobra decyzja była). Rodzice przejęli Mill na pewną styczniową niedzielę więc a Towarzysz Mąż, Róża i ja zabunkrowaliśmy się na rozłożenej kanapie i obstawieni wodą, herbatą miętową i zapasem ciepłych przytulnych kocy obejrzeliśmy sobie, jak gdyby nigdy nic, cały sezon. Nie zrobiłam czegoś takiego od czasu Prison Break obejrzanego kiedy mieszkałam w akademiku w Czechach – robiłam tylko przerwy na sikanie i wstawienie czajnika na herbatę. Ba, nawet pizzę zamówiłam na obiad bo szkoda mi było oderwać się od fabuły dla tak przyziemnej czynności jak gotowanie obiadu. Stranger things zupełnie nie jest czymś co obejrzałabym tylko przeczytawszy opis. A jednak wciągnął mnie na amen. Dwa słowa: eighties <3 Winona <3

Real detecive

Dobra, przyznam się. Szaleć to szaleć. Kiedy byłam w ciąży (pierwszej!) i odpuściłam pracę (chyba ze dwa miesiące przed porodem) miałam duuuużo czasu i nie wpadłam na to że mogę słuchać radia przez internet (pregnancy brain, słowo daję!) puszczałam więc TVN w tle i zasuwałam z tym wiciem gniazda. A w tle wszystko jak leci, Sędzia Anna Maria Wesołowska, W11, Trudne Sprawy czy inne mało lotne TVNowskie produkcje. Wszytsko strasznie ‚zagrane’, ale wątek kryminalny jakoś mi wtedy pasował. Szukając wśród netflixowych produkcji czegoś do obejrzenia z Towarzyszem Mężem po całym dniu (kiedy mnie wyjątkowo uda się nie zasnąć z dziećmi a Towarzysz Mąż po pracy opierającej się na gadaniu z ludźmi ma ochotę zalec na kanapie i nic nie mówić dla odmiany) co urządzi nas oboje (a nie jest to proste zadanie, dla TM żadne rom-com i szeroko pojęte dziewczyńskie produkcje, ja odmawiam oglądania horrorów i si-fi) wpadliśmy na to. Inscenizowane prawdziwe historie, z komentarzem prawdziwych śledczych. Taki serialo-dokument. Od W11 i tym podobnych różni się tym że jest (w większości) świetnie zagrany i ma potężny budżet co widać. Historie często makabryczne (a miałam nie oglądać horrorów!) ale bardzo (bardzo!) wciągające. Często po obejrzeniu odcinka googlowaliśmy te sprawy żeby doczytać więcej szczegółów. Nie jest to serial jakichś ogromnych lotów, ale jednak obejrzeliśmy wszystkie wyprodukowane do tej pory odcinki. Mogę więc chyba polecać.

Filmy

Z filmami była w styczniu cienizna. Nie obejrzałam NIC wartego uwagi. Poza Deszczową Piosenką.

Gadżety dzieciowe

Chusta i kurtka do noszenia Twiga

Od urodzenia Rosie właściwie nie rozstaję się z chustami. Ja, największy szyderca z chustoświrek, uzbierałam 6 chust (jak to się stało?!) i właściwie nie ma dnia żebym nie nosiła Róży. W styczniu w końcu opanowałam kangura (no dobra – zaczęłam opanowywać) bo kieszonka zrobiła się przyciężkawa z 8,360kg wkładu i przymierzam się do plecaka prostego. Polubiłam krótką chustę, trójeczkę od Sensimo (ten kangur!) i to w niej najczęściej lądowała R. w tym miesiącu.

No i nie wyobrażam sobie jak funkcjonowałam bez kurtki Twiga. To ulubieniec nie tylko stycznia ale roku, zeszłego i tego. Dla noszących mam warta każdej złotówki. Noszę ją codziennie, nawet bez dzieci. jest świetnie uszyta, mimo tego że cienka – nie marznę w niej, wszystkie rozwiązania techniczne przemyślane w stu procentach. Re-we-la-cja. Kiedy smog pozwala preferuję specery w chuście bo wózek i śnieg to dla mnie połączenie-koszmarek (ja wiem że darmowa siłka, ale bez przesady). Uwielbiam!

Żyrafa Sophie

Mimo medialnej afery z pleśnią w żyrafie po poleceniu koleżanki z ząbkującym niemowlęciem w końcu się skusiłam. Przy Milly wydatek rządu 70 złotych na gryzak wydawał mi się jakąś totalną przesadą. Szczerze? Dalej wydaje mi się totalną przesadą, ale i u nas żyrafka jest hitem. R. memla ją wytrwale (nijak w pobliżu dziurki o którą cała pleśniowa afera wszak) a wszystko co łączy słowa ‚memla’ i ‚wytrwale’ i oznacza że mogę pisać tego posta (wiem, że post się raczej nie odmienia w ten sposób bo jest nieżywotny, ale nic nie poradzę że tak mi pasuje, musicie mi więc wybaczyć, powołuję się na prawo autora do dowolnej odmiany na własnym blogu:) i pić kawę, więc jestem absolutnie na tak.

pics3

Duplo

W użyciu codziennie. Ciekawa jestem czy nastanie miesiąc w tym roku kiedy Duplo nie będą absolutnym hitem Mill. Kolekcja budowana od miesięcy, głównie dzięki darom losu od starszego kuzynostwa, Matce Polce polującej na zestawy w Lidlu i Towarzyszowi Mężowi którego świerzbi nadmiar pieniędzy na koncie i kiedy wpadnie jakiś bonus pieniężny przeznacza go przechętnie na jakieś tory i pociągi dla córeczki . Rozwijają sprawność manualną, kreatywność (Mill odgrywająca scenki ludzikami Duplo to też mój tegomiesięczny ulubieniec) – zresztą, Duplo nikomu chyba reklamować nie trzeba.

Kuchenka

Wymarzony prezent gwiazdkowy. Podobnie jak Duplo – hit. Gotuje aż miło. W przeciwieństwie do mamusi. Więcej szczegółów o niej tu.

Wycieczki

Otrząsnęliśmy się trochę z zimowego letargu i mimo niesprzyjających waruków (zima. Pięknie pisze o niej Ruby Times tu) postanowiliśmy pojeździć i pozwiedzać okolice. W styczniu byliśmy jeszcze w Anglii, gdzie spacer po naszym ulubionym Knypersley zmotywował nas do poszukania podobnych miejsc w okolicy. Tym samym pojechaliśmy do Leśnego Parku Niespodzianek w Ustroniu i spędziliśmy sobotę w przecudownej Chlebowej Chacie. Planujemy kolejne wycieczki. Bliższe i dalsze. I mimo tego że mnóstwo w styczniu było dni kiedy chciałam uprawiać błogą domowość i nie wyściubiać nosa z naszych czterech ścian – cieszę się, że zrobiłam kilka wyjątków. Bo czas spędzony razem poza domem też robi wspomnienia. I w pewnym sensie zatrzymuje czas, zauważyłam, bo kiedy dłużej jesteśmy statycznie w domu mam wrażenie że dni przelewają się przez palce i nagle moje starsze dziecko ma prawie trzy lata a ja nie wiem kiedy to się stało.

Planszówki

Po jesiennej przerwie – nomen-omen, wróciły do gry. Pandemia, pierwsza i jak dotąd jedyna gra kooperatywna, gdzie gracze współpracują zamiast rywalizować, zdecydowanie królowała w tym miesiącu. Hummus, marchewki, herbata albo wino (co kto może) i jedziemy z tym koksem, ratować świat! Bardzo, bardzo polecam!

Jedzenie

Sernik. Hummus. Guacamole. Czekolada gorzka z migdałami i pomarańczą z Aldika. To moje styczniowe smaki miesiąca. I kawa. No ale która matka przy zdrowych zmysłach jej nie pija?

Collages2

A Wam, co sprawiało przyjemność w styczniu?

***

A tamta makijażowa dziewczyna… Cóż. Pomalowała dzisiaj rzęsy. I uznała to za sukces.

***

Ściskam mocno,

z.-


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz do “M6/Y2 Styczniowe love 2017 z ckliwą historią w tle

  • Marta i Julia

    Hej jak zawsze u ciebie ciekawie 🙂
    Mój styczeń zleciał szybko dręczyły nas choróbska ale juz jest dobrze Julia wróciła do przedszkola.
    Jak narazie udało mi się przeczytać jedna książkę w styczniu – dla mnie to i tak sukces przy Julii heheheh I dzieki mojej mamie udalo mi się wyrwac do kina (takie objazdowe kino- bo w mojej miejscowości brak-do prawdziwego kina mam ponad 50 km)
    Duplo jeszcze u nas nie zagościło w domu nawet nie wie ze takie coś istnieje. W styczniu z planszówek rządził u nas CATAN 🙂
    A w Ustroniu mieszka moja bliska kuzynka może kiedyś sie do niej wybiore i będe miała okazje zobaczyc również Katowice:-) W tym roku stuknie mi 30 chyba wybiore sie ze znajomymi do Katowic i bede spiewać KATOWICE NOCĄ ZE SPIŻOWĄ MOCĄ.hahaha
    U mnie makijaz na porządku dziennym -a wszystko przez moją paskudną cere tradzikową i tłustą. Do pracy jakiś fluid puder tusz i róz na policzki.
    Oj tak kawa musi byc w pracy czasem nawet dwie 🙂
    POZDRAWIAMY