M8 Rocker Napper 3 w 1 Tiny Love – recenzja 17


Zamarzyłam o nim odkąd stwierdziłam, że chciałabym jakiś leżako-bujaczek dla Mill, a zobaczyłam go u Ruby Soho.

Na pierwszy rzut oka urzekł mnie jego oszczędny design, który w swojej prostocie i braku fisher-pricowej pstrokatości idealnie wpasowywał się w moją chęć niezagracania mieszkania okołodziecięcymi gadżetami w intensywnych bądź pierdząco-różowych kolorach, które może i sprawiają radość dziecku (choć w przypadku niemowlaka dla którego leżaczki tego typu są przeznaczone szczerze wątpię, zwłaszcza że niemowlęta w ogóle średnio kumają kolory, a moje niemowlę jest tego najlepszym przykładem, gdyż w pierwszych miesiącach życia największą fascynacją Mill była brązowa ściana z wymalowanym kremowym kwiatkiem – o, to tak!), ale dla rodziców, zwłaszcza tak estetycznie fiśniętych jak ja, nierzadko stanowią problem. A nawet jeśli nie problem to powiedzmy że lekki wyglądowy dyskomfort i poczucie dysonansu między tym jak sobie wyobrażamy nasze gniazdko (zwłaszcza jeśli naprawdę jest gniazdkiem z brakiem szalonego metrażu) a tym, jak ono wygląda po przyjściu na świat dziecka.

Kolory Rocker Nappera idealnie współgrające z naszym mieszkaniem od razu do mnie przemówiły. Ale i funkcje. Swojego czasu zastanawiałam się nad tym, czy chcę leżaczek wibrujący czy huśtający (a post o moich rozkminach ówczesnych podlinkowany na końcu tego tekstu), ale po zgłębieniu tematu (niezbadany do końca wpływ wibracji na dziecko) myślałam że skończy się na huśtawce… Ale skończyło się na Rocker Napperze, i nie żałuję. Funkcję wibracji i owszem on ma, ale szczerze mówiąc nie korzystaliśmy z niej za często – zresztą Mill nie wydawała się być wielką fanką. Umówmy się – nie dla wibracji go z Towarzyszem Mężem nabyliśmy (a nabyliśmy go drogą chrzcinowego prezentu od mojej i Mill chrzestnej-dziękujemy!). Mnie osobiście urzekła funkcja trzech poziomów nachylenia – na zupełnie leżąco z osłonką dookoła, co pozwala używać Nappera jak sama nazwa wskazuje jako bezpiecznego miejsca do drzemek (często stosowane u nas lata świetlne temu kiedy Mill spała w dzień w domu… Kiedy to było????), na półleżąco – co było świetne w funkcji klasycznego leżaczka bujaczka, kiedy nachylone pod kątem dziecko mogło obserwować mamę w akcji (gotuję obiad, patrz! biorę prysznic – oł jeeea! – kiedy Towarzysz Mąż wyjechał na sześć tygodni było to bardzo praktyczne. Dodatkowo dla dzieci z refluksem i ulewających – no wypisz wymaluj moja córka – ta pozycja półleżąca z głową wyżej była świetna i pomagała w opanowaniu tej niefajnej przypadłości) oraz na niemalże siedząco, co w przypadku rozszerzania diety zanim dziecko pewnie siedzi samo (kwestia zasadności rozszerzania diety zanim dziecko samodzielnie siedzi to zupełnie inna sprawa, ale nie oceniam, są różne sytuacje, i nie o tym jest ten post) jest super zanim maluch dorośnie do fotelika do karmienia z prawdziwego zdarzenia. Do tego płozy urządzenia można zostawić zagięte – wtedy możemy dziecko bujać (siłą ręczną bądź nożną) albo może bujać się samo – kiedy kopie w dolną partię leżaczka wprawia go tym samym w ruch, co z reguły wyzwala dziką falę radości (u Mill wyzwalało, w każdym razie). A kiedy chcemy żeby bujanie ustało nic prostszego – rozkładamy metalową blokadę (rozkładaną jak nogi stołu turystycznego, jednym ruchem) i voila – leżaczek-bujaczek zostaje leżaczkiem bez bujania.

I tak Rocker Napper rósł sobie razem z Milly, zmieniając się kiedy i w co potrzeba.

Do tego na stanie w urządzeniu plastikowy pałąk zakończony kwiatuszkiem (ale znów – nie jest jakimś wybitnie słodko-rozmemłano-niemowlęcym, tylko fajnym, obłym, nienachalnym – element komponujący się świetnie z niewzorzystym materiałem całego ustrojstwa) z którego wydobywają się melodyjki (dwie do wyboru, bardziej ‚usypiająca’ i bardziej ‚energetyczna’, o dwóch natężeniach głośności – wszystkie straszne. Szczerze piszę, no fatalne. Pech chce że moje dziecko je lubiło dość, a że są dosyć zaraźliwe nieraz słyszałam w tle Towarzysza Męża gwiżdżącego pod nosem ów rocker-napperowe melodyjki tudzież – o zgrozo – sama łapałam się na ich nuceniu. Do tego mrugające światełko z infantylnym obrazkiem (widocznym tylko od strony niemowlaka, więc luz) i dwie zabawki, do oglądania tudzież ciągnięcia i zdobywania. Zależnie od wieku dziecka, przypuszczam, bo u nas zaczęło się od tego że nie robiły na Mill żadnego wrażenia a teraz bezproblemowo je ściąga i wyrzuca i krzyczy żeby jej je podać. Życie, no.

A czy ma Rocker Napper jakieś wady (poza wymienionymi już melodyjkami)? Ano – jak dla mnie ma. Primo – dziecko zjeżdża. W każdej pozycji, pod nie wiadomo jakim kątem, zawsze te nogi dotykają dolnej krawędzi Nappera (co w pozycji półleżącej i leżącej jest zrozumiałe, grawitacja, te sprawy, ale w domniemanym leżeniu na płasko wkurzało mnie niemiłosiernie). Poza tym pasy nie wydają mi się być konieczne w pierwszych miesiącach życia, więc fajnie, gdyby była opcja ich wypięcia (bo po co mają gnieść z pod spodu takiego funkiel nówka niemowlaka, no po co). Jeszcze poza tym materiał, na którym ma leżeć dzidziuś jest jakiś taki sztuczny i nieprzyjemny – ja zawsze wykładałam dno prześcieradłem lub kocem, ale wtedy znikają pasy, więc coś za coś. W szycie na zamówienie specjalnego prześcieradełka na wymiar się nie bawiłam, bez przesady.

Ponadto producent deklaruje że leżaczek posłuży aż do roczku i bodajże 18 kilo – serioooo? Mill ma 7,5 miesiąca i jakieś obstawiam 8,5 kilo i powoli żegnamy się z naszym urządzonkiem (które w niedalekiej przyszłości zmieni tymczasowo lokum na piwnicę) z prostej przyczyny – leżenie – albo nawet siedzenie w nim jest za nudne i ruchliwe dziecko jakim jest Mill (a dopiero pisałam że nie raczkuje – no nie raczkuje, za to roluje się gdzie chce jak szalona) zwyczajnie nie wytrzymuje w wymaganej przez Nappera statycznej pozycji.

I tyle.

Czyli – summa summarum – warto było? W moim odczuciu warto. W pierwszych miesiącach po narodzinach Mill sprawdził się cudownie, używany często, gęsto i w wielu konfiguracjach. Dziecko zadowolone, mama zadowolona. Co więcej – ciągle wygląda jak nowy. Zupełnie nowy. Mimo intensywnej eksploatacji przez dobre pół roku nie ma na nim kompletnie żadnych śladów użytkowania, nic, nada. Ze swojej strony polecam, bardzo!

Tu strona producenta: KLIK
Tu recenzja Ruby Soho: KLIK
Tu o moich poszukiwaniach leżaczka-bujaczka idealnego: KLIK
Tu więcej o naszych prezentach na chrzciny: KLIK
A tu o niezastąpionych gadżetach świeżo-macierzyńskich: KLIK

A Wy jak, miałyście leżaczki-bujaczki? Huśtawki? Czy inne cuda w tym stylu? Sprawdziły się czy wręcz przeciwnie? Dajcie znać w komentarzach, przyda się dziewczynom robiącym taki research jak ja w ciąży.

Buziaki,
z&m


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

17 komentarzy do “M8 Rocker Napper 3 w 1 Tiny Love – recenzja

  • Radosław

    Ja niestety nie pamiętam jaki miałem bujaczek i czy wogóle miałem. Chyba w tamtych czasach takich wynalazków nie było – przynajmniej ja nie pamiętam. Fajnie, że teraz dzieci mają aż tyle udogodnień – nie tylko im łatwiej ale i nam rodzicom

  • Mama Juniora

    My się zastanawialiśmy nad tym Rocker Napperm bardzo intensywnie jeszcze w ciąży, w pewnym momencie nawet, miałam na niego mega ciśnienie, ale finalnie go nie kupiliśmy i się z tego teraz cieszę. Bo funkcję miejsca na dzienne drzemki, pełni (choć właściwie czas przeszły bardziej wskazany – pełniła) po prostu gondola do wózka 🙂 Natomiast w kwestii bujania, zainwestowaliśmy w huśtawkę na baterię z funkcją blokady. Ale to kwestia też już charakterku naszego Juniora, bo on kocha się bujać i głośno się tego domaga i gdybym miała go bujać ręcznie tudzież nożnie, to nic bym w domu nie zrobiła, a po to między innymi nam ta huśtawka, żebym mogła bez strachu i jego płaczu choćby wziąć prysznic. Natomiast widzę z tego wszystkiego jeden główny morał: lepiej z zakupem huśtwaki czy leżaczka / bujaczka wstrzymać się do momentu, kiedy będzie potrzebny a my będziemy mniej więcej wiedzieli – jaki model Dziecięcia nam się trafił 🙂

  • Retromoderna

    My mamy od bratowej leżaczek Fisher Price, ale juz nie gra 😉 Córka poleży w nim chwile, pobawi się zwierzakami, fajny jest, ale nie siedzi w nim długo. Ale jak np. chcę wyjść do łazienki wsadzam ją do niego zapinam pasy i wiem, że nic się nie powinno stać. W leżaczki tez karmie, bo nie mam jak na razie krzesełka, bratowa robiła podobnie – także przydatny jest.

  • Ruby Soho

    Kropka nie poznała tych okropnych melodyjek.. bo nie było baterii. Młodsze rodzeństwo zawsze pokrzywdzone! Młody uwielbiał i pamiętam, że też często nuciliśmy z mężem, irytująco się przyplątywały. Generalnie po drugim dziecku napper wydaje się być bardziej zużyty. Niby nie ma wielkich śladów użytkowania, ale jakiś rozklekotany się zrobił i mniej stabilny, chociaż niby nic mu nie dolega. Na allegro chcę go wystawić, ale muszę go jakoś sensownie opisać, żeby było wiadomo, że taki całkiem nieśmigany to on nie jest. Co do pasów, to jak Kropka była mała to nie wyciągalismy ich wcale przez materac – były pod spodem. Jako prześcieradło używaliśmy tych ikeowych frotte nakładek na przewijak. Pasowały dobrze, zresztą chyba pisałam o nich w recenzji. A jeśli chodzi o wiek użytkowania to zgadzam się i nie: do około pół roku faktycznie dziecko może w nim spać, potem przez jakiś czas siedzieć.. ale ok. 8-9 miesiąca pasy faktycznie już nie powstrzymają dziecka i napper robi się niepraktyczny. Powyżej roku w sumie znów można by go używać. Młody czasem sobie wsiada na toto, ot tak pobujać się – wagowo pasuje, 2 i pół latka chłopak ma, mieści się spokojnie… tylko pytanie brzmi: po co? Dla takiego dużego dziecka to tylko jeszcze jeden dodatkowy sprzęt, równie dobrze może na dorosłym fotelu usiąść, ale jak ktoś się uprze i mu nie przeszkadza zagracenie lokum to oczywiście nappera używać się da w dalszym ciągu.

    • Instytut Doświadczeń

      Ja miałam nieśmiertelnego Fisher Price’a http://www.zaczarowanachatka.pl/img/towary/1/2012_02/Fisher-Price-Lezaczek-Bujaczek-Malpka-G5914-1.jpg <– o, takiego. Wybujał siostrzenicę Hanke, kuzynkę Elizkę i Polkę teraz. Po trójce dzieci (a w naszej rodzinie rodzą się turbo aktywne) bujak nówka nieśmigana. Chodzi jak ta lala. Gdyby szwagier nie zostawił baterii w ustrojstwie, bo w te baterie kuzynka mocno przysoliła futryną, jak bujak przeleciał pół mieszkania potrącony przez ogara polskiego (czy dwa – na szczęście bez dziecka w srodku) – baterie nie wylałyby i bujak może miałby wibracje. Potrzebne one jak rolnikowi szpilki (wiadomo – do aeracji gleby!), ale może by Polka polubiła, kto wie. Melodyjek nie ma, pałąk zgubiony, więc dawał mojej córce wolność interpretacyjną bo zamiast skupiać się na diwajsach dedykowanym grupie wiekowej 0-12 Polka analizowała rzeczywistość (z natury dedykowaną grupie wiekowej 0<) – moim zdaniem brak pałąka oceniam na plus. Bujak też można zablokować, wtedy jest półleżący. Polka uznała to za idiotyczny pomysł i darła się prawie tak głośno, jak w foteliku samochodowym (ten sam kąt? może?). Używamy go do tej pory do:
      a) wstawania (mała się go chwyta i ciśnie w górę)
      b) kiedy mamy z mężem łazienkowe emergency a kojec nie wchodzi w grę (sadzam ją, ona się jara wodą na brzegu wanny, a ja daję radę się wykąpać)

      Plus za pasy – zapinane tylko w dolnej części. Trzymają na miejscu, ale nie ograniczają niemowlęcia. Można odpiąć. Nie można odpiąć tej środkowej części, ale miękka jest i nie przeszkadza. Idiotyzmem jest natomiast deseczka pod pupą odziana tylko w delikatny materiał. Najpierw wepchałam tam koc (bujak napiął się do granic mozliwości), teraz jest tam trochę wypełnienia do poduszek z Ikei i tak zostanie. Zostawiam dla czwartego dziecka, a mojego drugiego, bo generalnie się sprawdził 🙂 Tani, przechodzony, ale przynajmniej nie klekocze.

  • Pati Be

    Mamy identyczny model iiiii…nasza dziecina nie za bardzo się z nim polubiła. Pomimo usilnych prób, zdarzyło jej się przysnąć w Rockerze raz,może dwa zaraz po powrocie ze szpitala, później poszedł w totalną odstawkę,bo lamenty były nie do wytrzymania. Na szczęście nadszedł czas rozszerzania i w końcu leżaczek powrócił do użytkowania jako tymczasowy tron do karmienia. Chociaż przy ruchliwym dziecku faktycznie ciężko w sensownej pozycji potomstwo utrzymać. A co do części rozrywkowej – zgadzam się, melodyjki niesamowicie wżerają się w mózg, ale chociaż potrafiły zająć naszą Pulpetową na kilka minut, co dawało miłą perspektywę łyka zimnej (ale zawsze) kawy 🙂

  • Góralska Mama

    My mieliśmy dokładnie ten sam leżaczek co Wy, tylko w kolorze czerwonym. Basia na początku zupełnie nie chciała w nim leżeć. Dopiero jak miała skończony miesiąc, to go zaakceptowała. Uwielbiała te okropne melodyjki, więc i matka musiała ich słuchać 🙂
    Ale nie narzekam, bo Basia potrafiła spędzać w nim mnóstwo czasu. Później posłużył nam jako stołeczek na początku rozszerzania diety, gdy Mała jeszcze nie siedziała na tyle, by móc wsadzić ją do normalnego krzesełka do karmienia.
    Generalnie leżaczek polecamy. :))

    • Zuzi Clowes

      No widzisz, fajnie, że u Was też się sprawdził. Mill dostała go dopiero kiedy miała 5 tygodni, więc wcześniej nie wiem…. Ale w użyciu częstszym był do piątego-szóstego miesiąca, teraz już nie bardzo, za bardzo ogranicza, a gdzie mi dziecko wyleży tyle, no gdzie?! 🙂

  • mama silesia

    w sumie to wygląda jak taka gondolka z wózka 🙂 my mieliśmy taką huśtawkę, o której kiedyś u Cb nawet pisałam i ogólnie to fajna była nawet bardzo, ale też korzystaliśmy krócej niż prducent przewidywał, bo Benowi już się nudziło, aczkolwiek na początku lubił tam siedzieć i mnie widzieć, a czasem się bujać i spać 🙂