Mamo, a co to jest kulwa mać? 1


– Stan umysłu, córeczko, to jest stan umysłu – odparłam nieco już pokorniej.

– Mamo, a co to jest stan umysłu? – spytała trzy-i-prawie-pół-letnia Mill a ja trochę poplątałam się w zeznaniach. Bo co to jest stan umysłu. Coś opowiadałam pokrętnie, że to jak akurat się czujesz, jak postrzegasz świat w około, jaki masz humor, jakie nastawienie, w ten deseń.

– I Ty masz stan umysłu kulwa mać? – upewniła się córka.

– Tak – przyznałam zgodnie z prawdą, wzruszyłam ramionami i  schyliłam się po kolejnego z pierdyliarda klocków rozrzuconych malowniczo po podłodze. Miró by miał u nas inspiracji że hej.

– Acha. A mogę oglądać ‚Kajtusia’? – zapytała zupełnie mimochodem i tyle ją widziałam.

 

A miałam ochotę siąść i płakać. Która matka nie miewa takich ochót, no która, ręka w górę. Pieprzona kaczka marki duplo znalazła się na mojej trajektorii i spowodowała z niej wypadnięcie dość bolesne, na łokieć, który i tak już dość mocno ucierpiał na trampolinie kilka dni wcześniej. Stąd ten stan umysłu ma się rozumieć. Ta kropla, która przepełnia czarę. Czarę w której przez ostatnie pięć i pół tygodnia mieściłam wszystkie emocje. W której upychałam wszystkie marudzenia roczniaka, któremu nie wiadomo o co chodzi, a wiecznie chodzi o coś, więc byłam, tuliłam, próbowałam wszystkiego żeby pomóc. W której mierzyłam się z wszystkimi fochami trzylatki, pochylając się nad nią, słuchając, próbując współodczuwać, współdziałać, nie krzyczeć i tłumaczyć albo po prostu słuchać. W której pozbawiona Towarzysza Męża usypiałam wieczorem potomstwo tylko po to by chwilę później paść obok i spać dopóki (jak zwykle za wcześnie) obudzi się Młodsza. Tę czarę, w której nie znalazłam nawet chwili żeby iść pobiegać, choć bardzo to lubię, za to znalazłam mnóstwo chwil na zabawy z dziećmi, wycieczki, pikniki, baseny, place zabaw, sale zabaw, odwiedziny u nas i nasze gdzieś, książki, biblioteki i pranie. Czarę w której posiłki nie były niespieszne i jakże slow-lifowo modne, za to wyglądały jak totalny armaggedon po którym jeszcze trzeba było posprzątać. Kilka, Razy. Dziennie. W której byłam cała dla dzieci i nie było mnie zupełnie dla mnie.

I tak, wiedziałam że dzieci uczą poświęceń. Jest takie angielskie słowo – selflessness. Choć właściwie nie wiem czy jest czy je wymyśliłam, ale świetnie opisuje to, czego rodzicie, często w tempie ekspresowym, muszą się nauczyć. Bycie dla drugiego (czasem trzeciego. Lub gorzej!:) ) choć małego człowieka przed byciem dla siebie. Choć ten margines dla siebie też jest ważny, trzeba o niego walczyć, bo potem niczym nie przymierzając matka pozbawiona ojca dzieciom na pięć i pół tygodnia będziecie musieli tłumaczyć dzieciom co to jest stan umysłu uprzednio siarczyście przeklnąwszy. I dumaniem nad jakimiś czarami (że naczynami to jest, a nie że zaraz voo-doo i hokus-pokus) grozi to też.

Czasami tak bywa, że trzeba to przeżyć. Że nie ma innej opcji. Teraz na przykład panny śpią a ja w końcu coś piszę. Towarzysz Mąż wraca jutro więc światełko w tunelu jakieś też jest… Już prawie witam się z gąską. Już prawie zmieniam stan umysłu na jakiś bardziej optymistyczny, a wtedy…

 

TO!

 

IMG_20170809_153453

 

Nie pozostaje nic innego, tylko włożyć lody na taką półkę zamrażalnika żeby można je było wyjąć bez zbędnego schylania.

Czego i Wam życzę, hawk!

Z.-

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Komentarz do “Mamo, a co to jest kulwa mać?