Y3/M9 Co za pech!


Uwielbiam moje życie. Mam fajnego męża, udane dzieciaki, mam gdzie mieszkać, co do garnka włożyć, mieszkam w bezpiecznej części świata, lubię swoją pracę w czasie, kiedy pracuję i lubię swój czas, jeśli go mam. Zdrowie pozwala mi biegać i jeść ciasto, mam sporo okazji do czytania i Netflixa na bazylionie urządzeń. I tak, macierzyństwo odbija mi się czasem czkawką, wkurzam się że nie mogę podróżować tyle ile bym chciała i tak jak lubię najbardziej, mieszkam w małym (za to wygodnym i świetnie zlokalizowanym) mieszkanku i ten sześciopak się jakoś nie chce zrobić. Ale przez większość czasu przepełnia mnie wdzięczność, z tych wdzięczności o jakich najpiękniej pisze Pola tu. I nawet czarna seria wydarzeń z ostatnich dwóch dni nie jest w stanie tego schrzanić.

Chodźcie, rozsiądźcie się. Opowiem Wam o pechu. Żadnych ludzkich tragediach, dramatach, wydarzeniach wywrających życie kompletnie do góry nogami.

O nie. Zwyczajny pech, z którego się będę pewnie śmiać za jakiś czas.

DSC_0050

DSC_0053

Wielkanoc

Dzieci wstają o piątej. Zastanawiam sie jak dociągną do śniadania zaplanowanego na 10 u mojej mamy, ich babci aka Matki Polki. Róża zjada pół słoika z owocami, bo słoiki z owocami świetnie nadają się do rozpuszczania probiotyku w proszku który bierze. Karmienie Róży jest w ogóle upierdliwe bo babrze się strasznie i posiłki w znacznej większości kończą się w wannie z koniecznością natychmaistowego prania wszystkiego co ma na sobie. I wszystkiego co ja mam na sobie z reguły też. A probiotyk musi dostawać bo zdrowotnie w przeciwieństwie do starszej siostry z nią szału nie ma. Babram się więc z tym karmieniem na cztery łyżeczki, a Milly wypija wielką butelkę ciepłego mleka z miodem w towarzystwie świnki Peppy. Idziemy z Różą w wózku do kościoła na 9:00, Milly i Towarzysz Mąż zostają w domu. Po drodze łapie nas deszcz. Klasyka gatunku, czyli. Msza która z reguły, nawet w Wielkanoc, trwa około 40 minut trwa bitą godzinę, wiem już zatem że nie zdążymy na śniadanie. Ksiądz zastępczy jest sympatyczny, ale kazanie nieco smutne i bardziej o śmierci niż zmartwychwstaniu. Trochę szkoda. Pędzę do domu, TM i Mill czekają w samochodzie. Po drodze samochód zaczyna wydawać dziwne dźwięki. Nie odważam się wracać nim do domu, skoro mechanika mam z pół kilometra od domu rodziców. Niech to.

DSC_0059

Lany Poniedziałek

Przebiegam 15 kilometrów w świetnym jak na mnie czasie. Pękam z dumy. Milly urzęduje z dziadkami, TM przywozi Milly, jest sympatycznie, choć dzieci mają katar. Róża dopiero co skończyła antybiotyki na zapalenie ucha, dopiero co wykaraskała sie z zapalenia oskrzeli, dopiero co przez jakieś pół dnia mogłam powiedzieć że w końcu jest zdrowa – i znów nos zapchany. Mill też nie tyle co chora, bo humor jej dopisuje, ale ten katar nie wróży niczego dobrego. Lolek Ruby Times kończy dzisiaj rok, planuję zadzwonić. Ledwo, nie zdążywszy zrealizować zamierzenia, odłożyłam telefon na stół pędząc na okrzyk ‚mamaaaaaa’ okazało się że nigdzie nie zadzwonię. Poszła mi szybka a że to nie iPhone oznacza to że zostałam kompletnie bez telefonu. Googlam serwisy i koszta naprawy. Najtańszy jaki znajduję to 270 złotych i około tygodnia oczekiwania. Ups.

Bad things come in threes – mówi Towarzysz Mąż i oboje zastanawiamy się co będzie następne.
DSC_0064

Wtorek po poniedziałku

Róża wstaje o 5:40. Towarzysz Mąż ma wyjątkowo na 10:00 a nie na 7:00, więc pozwalam mu dospać i oferuję że odwiozę Milly do pkola a w drodze powrotnej skoczę jeszcze po jakieś szybkie zakupy spożywcze. Nie jadę nigdzie bo samochód Towarzysza Męża bardzo nie odpala. W sensie jest martwy na amen. Jadę z Mill taksówką do pkola, wracam, dzwonię po mechanikach, zamawiam pana z kablami, ładuję auto prawie godzinę zanim w końcu zaskoczy i jadę prosto do warsztatu. Potrzebny nowy akumulator, nie ma rady. W międzyczasie skaczę do mojego operatora telefonowego czy coś się da zrobić z moim telefonem (nie da) albo czy mogą mi zaproponować jakąś alternatywę (nie mogą). Mój telefon zastępczy czyli stary (bardzo stary) i potłuczony (oj bardzo potłuczony) iPhone trzyma baterię jakieś pół godziny. W te pół godziny trzymającej baterii wstrzela się przedszkole z informacją że Mill ma gorączkę, katar, nie chce się bawić i proszą żeby po nią przyjechać.

Także ten.

Nie mam czym po nią przyjechać, ale na szczęście w przeciągu dwudziestu minut odbieram auto Towarzysza Męża i pędzę po Dziecko Duże. Dziecko Małe w międzyczasie domaga się mamy i jedzenia, Towarzysz Mąż odwołuje jedne zajęcia żeby móc jakoś ogarnąć Różę kiedy ja ogarniam Mill. A później vice versa. Dodzwonienie się do pediatry graniczy z cudem, w końcu udaje mi się umówić wizytę na jutro rano. Całe popołudnie spędzam uziemiona z chorymi marudnymi dziećmi kiedy TM jest w pracy.

Ciągle czekam na telefon od mechanika co z samochodem moim. Boję się dowiedzieć. Oczyma wyobraźni widzę jak konto oszczędnościowe (które dla odmiany jakimś cudem w końcu nie jest puste, choć mam wrażenie że jeszcze chwila i będzie) pustoszeje.

Ale to nie wszystko.

Myślicie że wyczerpaliśmy limit pecha? Że już gorzej być nie może w nawale takich małych pierdołowatych pechowych spraw w ciągu czterdziestu ośmiu godzin? Że bad things come in threes pomnożone razy dwa lub trzy to już serio wystarczy?

Błąd.

DSC_0066

DSC_0060

18 kwietnia. Tam-para-bam-bam-tam-para-bam-bam.

Pada. Cholera jasna. Śnieg.

Kurtyna.

 

A jak Wasze Święta?

Ściskam,

Z.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.